Plan jest taki: Chomik bedzie studiowac na Antypodach, Pelikan opoznia sobie studenckie czasy i jedzie cieszyc sie wolnoscia.

Wpisy z tagiem: Australia

sobota, 26 lipca 2008

Po ponad miesiacu musielismy sobie przypomniec jak to jest podrozowac z pelnym bagazem. Jak na zlosc raczki walizek nie mogly sobie przypomniec jak sie skladaly kiedys. Mozna bylo dzieki temu utworzyc taka wdzieczna forme:

 

nie chca po dobroci

 

W koncu sie udalo i wylecielismy:

sydney - auckland

Infografika od razu nas pozbawila zludzen, ze cokolwiek zobaczymy w Nowej Zelandii. W Sydney byla owszem 15.30, ale to juz 17,30 w Nowej Zelandii. Wyladowalismy przed 21 tutejszego czasu. Poczulismy sie bardzo dobrze, jak w domu. Pamietacie pierwszej zdjecie Madziuli w Nowej Zelandii? Porownajcie wiec tamten wizerunek z tym ponizej - od razu widac ze wszystko ok, prawda?

Drugi raz

Tak, tylko ze nie o tym mielismy pisac! Po tygodniu spedzonym w Sydney chcemy Wam opowiedziec co robilismy i widzielismy, no i moze jakies slowo podsumowujace Australie sie znajdzie. 

Tutaj zestaw zdjec:

Sydney

 

Tymczasem oddam Madziuli glos, a sam lece szukac jakichs informacji o Hong Kongu, bo nie zabardzo odzywa sie osoba u ktorej mielismy sie zaczepic i zostawic nasze 2 wielkie walizki na 2 ostatnie miesiace. Mam nadzieje ze cos wymyslimy.

 

Coz, Madziula nie skonczy pisac kartek zanim odlecimy, wiec chyba musze sam opisac.

Zwiedzanie Sydney zaczelismy rzeczywiscie od poniedzialku. Przed nami 5 dni zwiedzania. Duzo!

Zaczelismy tydzien pierwsza pogoda, wiec wykorzystalismy to w 100%. Przez trzy kolejne dni zwiedzalismy rozne dzielnice Sydney, poczawszy od okolic Opery i Harbour Bridge, ktore rzeczywiscie robia wrazenie, choc po Operze zwlaszcza z bliska widac juz slady kilkudziesieciu lat. Konstrukcja trzymajaca dach wykonana jest z betonu i wnetrze utrzymane w bardzo prostym stylu, choc nieco smutnym. Ale rzeczywiscie to bylo cos na owe lata. Spacerowalismy po polnocym brzegu zatoki, po dawnych terenach fabrycznych, ktore byly masowo budowane na poczatku 20 wieku. Teraz fabryki sa wyburzane a w ich miejsca stawiane eksluzywne apartamentowce, przed ktorymi mozna zaparkowac sobie lodz. Innym razem zwiedzilismy dzielnice Kings Cross, nazywana tutjesza dzielnica czerwonych swiatel, pamietajac jednak jej Amsterdamski odpowiednik mozna powiedziec ze granica czesko-niemiecka robi wieksze wrazenie. Oprocz tego, maszerowalismy w ulicach pomiedzy wysokimi wiezowcami, w ktorych pracuja mlodzi zdolni australijczycy - po tygodniach w naturze coz za odmiana. 

Dwa ostatnie dni padalo, bylo pochmurnie,  zimno - i tego wlasnie oczekiwalismy zostawiajac sobie zwiedzanie wnetrz na sam koniec. W czwartek zawitalismy do bogatego akwarium, skrywajace wodne skarby australii, wliczajac w to najwieksze potwory takie jak rekiny i krokodyle (bylismy bardziej ciekawi jednak rekinow - wizyte na farmie krokodyli jeszcze na dlugo zapamietamy). Duuuzo duzo czasu to wszystko pochlonelo, jednak zdazylismy zapoznac sie z wystawa w Muzeum Sztuki Wspolczesnej - akurat trwa Biennale - niestety nie mozna bylo robic zdjec, tak wiec nie przedstawimy  Wam naszych faworytow. W piatek caly dzien spedzilismy w muzeum australijskim, gdzie mozna bylo sie dowiedziec wiele o Aborygenach i ludach Ciesniny Torresa, i oczywiscie znow calej faunie i florze Australii. Wieczorem Madziula zaprosila mnie na Don Giovanni do Opery, Nowoczesna aranżacja była naprawde ciekawa,nie mowiac juz o atmosferze miejsca. Ciekawostka byl fakt, ze zeby czytac podpisy po angielsku, ktore znajdowaly sie nad scena, musielismy siedziec w naszym rzedzie na podlodze - zachodzacy z gory balkon przeslanial widok :)

Madziuli Sydney sie bardzo podobalo, mowi ze to miasto stoi w jej rankingu bardzo wysoko. Rzeczywiscie: przepieknie polozone nad zatoka oceanu wcinajaca sie w lad, lekko pofalowany teren, piekne centrum, ciekawe alternatywne dzielnice, etniczne miasteczka gdzie umiejetnosc koreanskiego czy tez arabskiego moze sie jak najbardziej przydac.

Lecimy do Hong Kongu - wlasnie wyczytalem ze sypiajac w najtanszych hostelach i jadac w najtanszych jadlodalniach nie wyda sie mniej niz 250 dolarow dziennie na osobe. Nie wiemy czy to blad w druku, czy tez bedziemy udziekac stamtad gdzie pieprz rosnie.

Dowiecie sie wkrotce. Choc nie wiemy kiedy.

Tymczasem my wsiadamy na poklad. Nasi Nowozelandcy wspolpasazerowie zaluja ze juz odlatuja - zaraz bedzie druga polowa meczu Nowa Zelandia - Australia w Rugby.

Pozdrawiamy serdecznie

M&M

środa, 23 lipca 2008

Kochani,
dlugo nie pisalismy. Dlugo, bo wiele sie pozmienialo.
Ostatni raz pisalismy z Brisbane. Potem kontynuowalismy nasza droge w kierunku Sydney:
Na poludnie od Brisbane rozpoczyna sie Zlote Wybrzeze: gesto zabudowane wybrzeze gdzie Australijczycy marza aby spedzic kilka dni na plazy. I nie tylko: surfing to tylko jedna z mozliwosci spedzania czasu: wszystko co mozna sobie wyobrazic - tu jest. Chcielismy spedzic jeden dzien w tym miejscu, jednak rano przywitaly nas chmury i lekki deszcz. Postanowilismy ze po kilku dniach rajdu bedziemy mieli luzniejszy dzien, czekajac na zapowiadana na nastepny dzien lepsza pogode. Cofnelismy sie do Brisbane, odwiedzajac mniej niz sie spodziewalismy atrakcyjne muzeum przyuniwersyteckie, dokonujac selektywnych zakupow, sluchajac przy tym polskiej audycji w radiu (mowilem ze wczesniej slyszelismy audycje portugalskie i inne). Oswiecilo nas, ze USD spadl juz ponizej dwoch zlotych. A i moje Euro sa mniej warte...
Tak jak zapowiadano, nastepny dzien byl sloneczny. W takim nadmorskim miejscu wszystko wtedy wyglada duzo lepiej, choc fakt ze Surfers Paradise wogole wyglada niedorzecznie. Apartamenty jeden nad drugim w wiezowcach wygladaja raczej jak polskie osiedle niz bogwiejaki kurort. Perspektywa zmienia sie wraz z wjazdem na platforme widokowa najwyzszego budynku w okolicy. Slono trzeba placic za ta przyjemnosc, wiec Madziula posiadajaca legitymacje studencka tego kraju (no, Nowej Zelandii w sumie, ale jaka to tutaj roznica) miala nieco korzystniejsza propozycje. Widok bardzo ciekawy, rozlegly, robiacy wrazenie.
Postanowilismy opuscic na chwile wybrzeze i skierowalismy sie ku Springbrook National Park, gdzie strome drogi prowadza do duzego wodospadu, a takze innych ciekawych form, m.in. Natural Bridge - rzeka ktora przebila sie przez skaly i wyplywa pod jakby mostkiem skalnym (odsylam do zdjec). Naprawde niesamowite miejsce - chlodno, ciemno, bo las wysoki, a rosliny wspinaja sie po drzewach oplotujac je, aby tylko dostac sie na korone drzewa i zyskac dostep do slonca. Warto jeszcze powiedziec, ze obszar parku lezy na terenie dawnego, zerodowanego wulkanu, baaardzo starego.
Wkrotce potem przekroczylismy granice stanowa i zaczelismy wizyte w Nowej Poludniowej Walii - zaciekawily nas specjalne kamery, ktore monitorowaly granice wylapujac bydlo uciekajace z Queenslandu :)
Pierwszym miejscem jakie zobaczyliśmy w NSW (to skrot od New South Wales) był malenki Nimbin – żywcem wyjety z epoki dzieci kwiatow. Miasteczko jest kolorowe, mieszkancy w wieku roznym, choc to nie ma tu znaczenia zbyt wielkiego. Pomimo posterunku policji sprzedaje się otwarcie zabronione w Polsce gatunki ziol, choc naprawde głównym dochodem mieszkańców jest żywność organiczna uprawiana na okolicznych farmach. Gdyby nie brak czasu, z pewnością chetnie byśmy zostali na wieczorny koncert. Slonce zaszlo duzo przed tym jak udalo nam się wrócić na wybrzeże. W taki oto sposób Byron Bay zobaczyliśmy noca. Przypuszczamy, ze w dzien istotnie plaze tu musza być przepiekne. My jednak zamiast tego wydrapaliśmy się na wzniesienie, na którym postawiono latarnie morska – w najdalej na wschod wysunietym kontynentalnym punkcie Australii. Jako ze był to już najwyższy czas na jedzenie, upichciliśmy cos naprędce i ruszyliśmy w droge. Po drodze udalo się nam nawet polaczyc telefonicznie z Polska, choc zamiast krotkich spodenek trzeba było się naprawde niezle ubrac: madziula miala co tylko mogla na sobie. Czuc ze rzeczywiście zjeżdżamy w kierunku Antarktydy.
Wieczorna jazda Australia jest bardzo osobliwa. Wraz z zachodem słońca ruch zmienia swoje oblicze. Kierowcy osobowek ustępują pola TIRowcom. Po 9tej aut osobowych nie ma prawie wogole, natomiast TIRowcy jada 120-130 (przy limicie 100). Madziula tego nie lubi. Na nocleg zjechaliśmy tuz kolo Coffs Harbour.
Kolejny dzien to dalsza podroz w kierunku Sydney, jednak przeplatana krotkimi odbiciami raz to nad morze (zasnęliśmy na plazy), innym razem do niewielkich miejscowości. W ten sposób mielismy dzien był zupełnie nie meczacy, zakończony przepieknym zachodem słońca.
Az przyszedł dzien ostatni naszej australijskiej drogi. Z rana chcieliśmy zobaczyc jeszcze ostatnie miejsce przyrodnicze: Focze Skaly. Chcielismy porównać tutejsze foki do nowozelandzkich, ale ku naszemu zdziwieniu gdzies się zawinęły. Nie ma jednak tego zlego co by na dobre nie wyszlo: przypadkowo wzdłuż brzegu trojka delfinow płynęła w strone Sydney. Do Sydney prowadzila co raz to szersza Autostrada przez piekny pagórkowaty zalesiony teren, jednak Australijczycy nieprzystosowani do wzniesien poprowadzili droge w poziomie, przepoławiając tyle ile trzeba kolejne pagórki, tak ze miejscami się jechalo w czyms podobnym do wielkiego kanionu. Mnostwo pracy musieli przy tym mieć, żeby zniszczyc tyle natury.
Sydney zaczyna się niepozornie. Chcielismy ominąć scisle centrum, tak wiec przez 1,5h jechalismny przedmieściami az wreszcie zajechaliśmy przed dom panstwa Aliny i Franka, którzy goszcza nas do soboty. Skracajac historie, doprowadziliśmy siebie i samochod do stanu akceptowalnego przez społeczeństwo wzglednie wypozyczalnie Jucy (musialem umyc i odkurzyc Toyote…), co zajęło nam wiecej czasu niż się spodziewaliśmy, wiec w pospiechu zapakowaliśmy do plecaka karimaty, namiot i koce itd. i uderzyliśmy na tutejszy Sluzewiec zwany Randwickiem. Niestety, Papa nie poczekal na nas i przyszliśmy m.in. w 40 minucie spotkania z innymi mlodymi (choc to względne pojecie). Udalo nam się spotkac z Bartkiem, z którym nie widziałem się już dlugi czas (w odroznieniu od czasow licealnych) i po zakończeniu nabożeństwa (jak zwal tak zwal) dlugo jeszcze opowiadaliśmy sobie nawzajem historie ostatnich dni/ tygodni (Bartek przed Sydney zyl miesiąc w Indonezji). Czekala nas noc pod gwiazdami w oczekiwaniu na Msze Świętą następnego dnia. Niestety, nie była ona spokojna. Rzadko tracę równowagę, ale tym razem to co się wydarzyło przeszło moją granicę cierpliwości. Dość powiedzieć, że grupka młodocianych, w większości imigranci z Libanu, do czwartej w nocy walila w bebny, gwizdala gwizdkami, wydzierala się itd. Ja i Madziula mamy wyjatkowo mocny sen, jednak to było powyżej naszej wytrzymałości. Ludzie zgromadzeni w tej czesci stadionu lezeli i przekręcali się z boku na boku. To normalne, ze ludzie mlodzi się bawia, jednak zazwyczaj takie imprezy konczy cisza nocna. Tutaj organizatorzy nikomu nie przeszkodzili, a policjanci pili kawe w swoim dźwiękoszczelnym pomieszczeniu. Trudno uwierzyc, ale organizatorzy usprawiedliwiali sytuacje mówiąc ze to młodzież ma jedyna możliwość żeby „celebrowac” przybycie Papieza już za pare godzin. Byliśmy w szoku, nic nie mogliśmy zrobic. Chwycisz jeden beben, wciąż graja trzy inne. Mlodzi mowia ze Policja nie reaguje, wiec im wolno. Policja mowi, ze organizatorzy nie mowili nic o ciszy nocnej, wiec grajacy nie robia nic zlego. A organizatorzy mowia ze wszystko jest w porzadku.
Nic dziwnego ze nastepnego dnia brak było wśród ludzi zycia. Nie widac było, ze przebyli tyle km, żeby brac udzial w spotkaniu. Brak entuzjazmu, skupienia radości. I ta orkiestra symfoniczna, która spowodowala ze każdy tylko stal, siedzial czy lezal i w ten sposób biernie się przyglądał. Papiez również nie wykroczyl slowem poza to co zaplanowal. Mamy wiec odczucia zmieszane: szczesliwi byli na pewno Hiszpanie, którzy za 3 lata zorganizuja spotkanie w Madrycie jak i mieszkancy wysp Pacyfiku, jednak reszta nie wyglądała na szczególnie przezywajacych, jak to podaly agencje prasowe.
Wrocilismy do domu nie zahaczając za bardzo o centrum. To zostawiliśmy sobie na dni kolejne. O czym doniesiemy wkrotce (bo już 2 za nami :P).

Jesli jeszcze nie slyszeliscie, ponizej wielki i jedyny hicior tegorocznego spotkania:

http://www.youtube.com/watch?v=iwoEU2uVDfw

Pozdrawiamy serdecznie. Ponizej porcja zdjęć (mam chec podpisania choc niektórych zdjęć, żebyście bardziej się polapali co i jak):

Brisbane - WYD Sydney

M
wtorek, 15 lipca 2008

Cale popoludnie spedzilismy na wgrywaniu zdjec, wpisywaniu relacji. I zezarlo. Za dlugo pisalismy i wylogowalo. @#$%^&*&^%$#$%^&

Jestesmy w Brisbane. Od soboty zjechalismy z Cooktown do Brisbane, co jest wielkim skokiem na poludnie, i obserwowalismy jak zmienia sie krajobraz. Podobalo nam sie. Niestety, internet nie chcial zebyscie sie dowiedzieli o szczegolach w dniu dzisiejszym. Popatrzcie moze na kilka zdjec.

Cooktown-Babinda-Brisbane

Jutro pierwszy przystanek na drodze do Sydney: Raj Surferow na Zlotym Wybrzezu.

Przepraszamy ze tak krotko, ale naprawde nie mamy juz sily pisac wszystkiego od nowa. Wybaczycie?

Dziekujemy za wszystkie listy.

Michal i Madziula

Dla uspokojenia nerwow mozecie poplywac z nami:

 

 

 

sobota, 12 lipca 2008

nurkujemy

Wszystko poszlo zgodnie z planem, w piatek o 8 rano stawilismy sie w porcie, niebo prawie bezchmurne, zapowiadala sie przepiekna pogoda.

Nasz statek to katamaran z poteznym silnikiem, zabierajacy na poklad ok 50 osob. Na poczatku kazdy musial podpisac przerozne papierki, szczegonie Ci ktorzy chcieli poraz pierwszy zanurkowac, czyli my. Mielismy do wypelnienia potezna ankiete z przeroznymi chorobami, poczawszy od serca, pluc, przez uszy, zatoki i jeszcze inne ludzkie organy. Australjczycy maja absolutnego bzika na punkcie bezpieczenstwa, troche mnie wiec przerazily te opisy co to moze mi sie nie stac, jak bede pod woda. Machencjusz skutecznie jednak rozwial moje watpliwosci i 15 minut rozpoczela sie krotka lekcja nurkowania. Jedyne czego sie dowiedzielismy to to co sie dzieje z naszyi plucami w czasie nurkowania, jak usuwac wode z maski, z ustnika i jak go szukac jak nam wypadnie z ust. Pozniej mielismy chwile relaksu na pokladzie, lodka do rafy plynela jakies 1,5h (60km). Chwile przed doplynieciem do celu, wlozylismy nasze stroje, maski, rury, dobrali nam butle, obciazniki i wrzucili nas do wody! Nurkowalismy w 4-osobowej grupie, my, jeszcze jedna para i instruktor - Chinczyk. Byl swietny! Bardzo spokojny, wszystko powoli tlumaczyl, kazdemu pomagal, caly czas sprawdzal, czy kazdy dobrze sie czuje. Dla mnie na poczatku bylo to super wazne, zupelnie nie moglam oddychac przez ten ustnik. Nie pamietam jak sie nazywal, ale nazwijmy go dla przykladu KIM. No wiec Kim schodzil z kazdym na jeden metr i cwiczylismy nauczone w teorii trzy umiejetnosci - oczyszczanie maski, ustnika i szukanie ustnika jak nam wypadnie. po jakis 15 minut, zaczelismy schodzic nizej. Mielismy do tego line, po ktorej rekami sie spuszczalismy. Wszystko po to zeby regularnie wyrownywac cisnienie w uszach. po dojsciu do ok 6 metrow, wszyscy puscilismy sie lin i zaczelo sie - plywanie wsrod ryb i korali!!!!!!!!! Na poczatku czekal na nas wielki whally - gigantyczna niebiesko-zielona ryba (taka jak pol mnie). Plywalismy i plywalismy i wszystko bylo takie piekne - tyle kolorow, korytarzy, siadalismy na piasku, plywalismy w gore w dol, to wszystko bylo takie proste!!! Byly rybki Nemo i sesja zdjec z flaga australijska... Jedna z najpiekniejszych chwil w moim zyciu!!! Strasznie szybko okazalo sie ze to juz koniec... Taaaaaki niedosyt. W sumie bylismy pod woda bez cwiczen 30 min, a mi wydalo sie to taaaakie krotkie. Pozniej byl lunch, a tuz po lunchu KIM podchodzi i pyta sie czy jeszcze raz nie chcemy (za 25dolcow). Strasznie wialo i straszne fale byly, plywanie z rura nie bylo wiec takie przyjemne, bo rzucalo plywakiem na wszystkie strony. Nie zastanawialismy sie wiec sekundy, stroje i do wody!!!!!! Tym razem oprocz nas plywala jeszcze jedna dziewczyna ktora nie plywala wczesniej, nasz Kim traktowal wiec juz nas jak profesjonalistow i wszystko robilismy juz wlasciwie sami. Tym razem koral byl jeszcze piekniejszy, a plywalismy 40minut. Korytarze koralowe, wielkie sciany korala, w gore w dol, cialo za glowa, wszystko taaak piekne, ze az czlowiek nie wie gdzie sie patrzec. Tu ryba duza, tam mala, tu zolta, tam blekitna, tam pomaranczowa na tle zielonego korala... i dalej i kolejne korytarz. WOW! Kim wylowil nam takie wielkie cos - wielkosci przedramienia, grubosci Machencjuszowej lyski, na gorze mialo gwiazdy, a na dole macki, jak lezalo na dloni, czuc bylo jak sie dopasowuje do jej ksztaltu. Na zdjeciach mamy to cos na glowie :) I znowu nadszedl koniec. Niestety, pozostala tylko podroz powrotna. Byla delikatnie mowiac malo przyjemna. Wiatr wezbral na sile i statkiem rzucalo niesmowicie. Zapomnielismy zabrac ze soba tabletek od choroby morksiej, a ta z rana przestala dzialac, spedzialam wiec pol drogi powrotnej, na tyle statku, blagajac o koniec. Zeglarzem nie bede.

To sie jednak nie liczy. Liczy sie tylko to co widzielismy i odczylismy. Bylo bosko, wspaniele, powalajaco, nadzwyczajnie, przepieknie! Postanowienie mamy jedno - jak najszybciej zrobic kurs nurkowania, w czasie tego wyjazdu nam sie pewnie nie uda, chociaz kto wie.... Moze wrocimy jako dwa certyfikowane nurki :))

Tu zdjecia z naszych dwoch nurow:

Wielka Rafa Koralowa

Dzisiaj tez bylo pieknie, sawanna, przeplatajaca sie z lasem deszczowym, byla kontrola policyjna i kangur, ale o tym nastenym razem.

Pozdrawiamy Was przeserdecznie i przesylamy wirtualnie nasza pozytywna energie! BUZIAK WIELKI!

Madziula i glodny (=zly) Pelikan

A!!! Zapomnialam powiedziec ze Machncjusz byl taak napalony, ze jeszcze dwa razy z rura plywal i zolwia widzial :)) Mi bylo za zimno, temp powietrza - 20stopni, wody coprawda 25, ale i tak czucie w palcach prawie stracilam.

I jeszcze jedno - Machnejusz mowi ze Kim nazywal sie Rex. HIHI

Tagi: Australia
12:24, segdovska
Link Komentarze (2) »
czwartek, 10 lipca 2008

Z Whitsunday Islands nic nie wyszlo. Prognoza pogody sie nieublagalnie
sprawdzila i obudzil nas deszcz uderzajacy w szyberdach. Nic tylko sie zbierac
i jechac na polnoc slonca szukac... Jechac sie jednak nie dalo, ba ruszyc
sie nie dalo... Przyczyna prosta - brak kluczyka. Zgubil sie. Przepadl. Co
lepsze - zgubil sie z samochodzie, przeciez do niego weszlismy, przeciez
w nim spalismy. Wiadomo wiec niby ze musi gdzies wsrodku byc. Nic sie
nie zmienilismy i porzadku najwiekszego w naszym pieknym Jucym nie
mielismy, troche wiec miejsc do przegrzebania bylo. Zajelo nam to pol
dnia... W miedzyczasie wszystko posprzatalismy, na glanc :), wszystko
trzy razy z calego samochodu wyrzucilismy i nie ma. Wyparowal. Prawie.
Okazalo sie ze nasz Jucy jest prawie idealny. Z tylu mamy dwie laweczki,
ktore na noc zmieniaja sie w wielkie loze, miedzy laweczkami a bokiem
samochodu jest jednak miro szparka i tam wpadl nasz kluczyk. Szparka
jest mala, a dziura pod nia spora, dostepu brak. Machncjusz wiec najwpierw
wypilowal otwor pod jedna z dziura, ale tam kluczyka nie bylo, byl w drugiej
dziurze, z ktorej wyciagnal go scyzorykiem jak prawdziwy Macgajwer. A
juz mielismy dzwonic i prosic o zapasowy...

Reszte dnia spedzilismy na szukaniu slonca i pogoni na polnoc.

Kolejny dzien to dzien wodospadow. Slonce zostalo znalezione i pojechalismy 
na plaskowyz stosunkowo niedaleko od Cairns. Duzo pagorkow, pieknych 
lasow desczowych i wodospadow. Widzielismy ich chyba 8, piekne wysokie, 
wszystkie w niesmowicie zielonych lasach. Wybralismy sie na kilka
spacerow, spotkalismy poraz kolejny weza, widzielismy tez kilka bardzo
pieknych ptakow i bardzo kolorowych motyli. Dzisiaj natomiast pojechalismy
na polnoc na Cape Tribulation, zobaczyc miejsce, podobno jedno z niewielu
na swiecie, gdzie tropikalny las deszczowy dotyka wody. Przepieknie! Taka
zielen, liany, krzewy, wszystko na sobie, ze soba, w sobie, nieprzenikniona,
ciemna gestwina i platanina zieleni. Szkoda tylko ze tak turystycznie.
Z jednej strony podkreslaja, jak stworzenie tego praku narodowego bylo
wazne dla australijskiej przyrody i jaki ten park nie jest unikalny, a z drugiej
tyle campingow, resortow, restauracji i co najbardziej niezrozumiale - ziemia
na sprzedaz! Samochodow, motorow tyle, ze mialam wrazenie ze wkrotce
zajezdza ten las. Nie ma jednak jak nowozelandzka ochrona parkow narodow
i dbanie o przyrode. Caly swiat moglby od nich sie uczyc. Najwiekszy
hamulec przed zapuszczaniem sie w dzikie rejony parku sa krokodyle...
Jest ich tam mnostwo i przy kazdym nawet mikro potoku sa tabliczki, zeby
nie podchodzic do wody, bo zyja w niej krokodyle. Jako ze sa tam dwa
gatunki - slodko- i slonowodny uwazac trzeba tez na plazach. Jeden zyje
nawet w pobliskim Port Douglas na tylach szkoly...

Jutro hit wyjazdu - wycieczka na rafe koralowa. Spedzimy tam caly dzien, 
dostaniemy kombinezony, rurki, maski, pletwy i w wode! A co najlepsze 
bedziemy poraz pierwszy nurkowali - z butla!!!!!! Nie trzeba miec zadnego 
kursu, nurkuje sie z instruktorem. 
Mozna zejsc nawet na 12 m, wszystko trwa do pol godziny. Nie moge sie 
doczekac. Na te okazje wypozyczylismy nawet specjalny aparat cyfrowy,
ktorym mozna robic podwodne zdjecia i filmy. Jedyne czego troche sie
obawiamy to wiatr, ma byc dosyc mocny i ma mocno bujac. Zakupilismy
jednak odpowiednie tabletki, pomoga, musza pomoc !

Tu zdjecia:

 

Okolice Cairns

Pozdrowiska,

M&M

P.S. Skomentujcie cos czasem. Bardzo sie ucieszymy. 

Tagi: Australia
13:32, segdovska
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2

Wyświetl większą mapę Locations of visitors to this page