Plan jest taki: Chomik bedzie studiowac na Antypodach, Pelikan opoznia sobie studenckie czasy i jedzie cieszyc sie wolnoscia.

Wpisy z tagiem: wietnam

poniedziałek, 15 września 2008

widok

Machencjusz wspomnial ostatnio, ze wlasciwie caly dzien podrozy z wyspy Quan Lan do Hanoi przespalam. Czulam sie naprawde beznadziejnie, sen pomogl sie zregenerowac.

W hotelu zamowili nam duza taksowke na dworzec kolejowy, mielismy sie zabrac w 5 osob i mialo byc tanio. Taksowka jednak nie przyjechala, rozdzielilismy sie i zlapalismy dwie podwozki. Koles z hotelu powiedzial kierowcy gdzie dokladnie ma nas zawiesc, obylo sie wiec wyjatkowo bez oszustwa. W pociagu jednak okazalo sie ze mimo ze zaplacilismy za tzw soft-sleeper, bilety dostalismy na hard-sleeper. Kolejne oszustwo - tym razem hotelu i firmy, ktora sprzedawala bilety i kolejne dolary w plecy. No nic. Staramy sie nie denerwowac, co jest dosyc proste - smieszny Anglik, z ktorym jedziemy w jednej kabinie zajmuje nas rozmowa. Machencjusz jeszcze odkreca numerki od prycz i je zamienia. W ten sposob spimy kolo siebie, na srodkowych "lozkach". A Wietnamczyk, ktoremu trafilo sie dolne nie moze uwierzyc w swoje szczescie. Zaplacil za najwyzsze (najtansze), a dostalo sie mu najnizsze (najtansze).

Budzimy sie o 6 rano w Lao Cai. Turysci wylewaja sie z pociagu. A gdzie turysci, tam i pieniadze, a wiec i naganiacze. I znowu ostre targowanie, negocjowanie wlasciwej ceny. Udaje sie, siedzimy na przednim siedzeniu busa i dosc szybko odjezdzamy w kierunku Sapy - turystycznej bazy w sercu wietnamskich gor. Droga wspina sie stale pod gore, pokonanie 30km zajmuje nam ponad godzine. Widoki zachwycaja. Pola ryzowe wdrapuja sie prawie na szczyty monstrualnych gor. Wszystko to przeplataja domki i pola kukurydziane. Dodatkowo pogoda zapowiada sie obiecujaco. Przejrzystosc powietrza znikoma, ale co najwzazniejsze swieci slonce i nie wyglada na to zeby mialo padac. Wjezdzamy na 1600mnpm, robi sie przyjemnie chlodno, znakomity odpoczynek od nadmorskich upalow.

W Sapie zatrzesienie hoteli. Podarz znacznie przewyzsza popyt. Jestesmy krolami :) Szukamy najlepszej opcji i znajdujemy bardzo mily hotelik z kiczowatym pokojem i gigantycznym oknem wychodzacym prosto na gory. Nie bedziemy w nim spedzac duzo czasu, ale milo sie obudzic i zobaczyc jak gory wylaniaja sie zza mgly. Sapa sama w sobie ciekawa nie jest, jej glowna atrakcje stanowi okolica, w ktorej sie znajduje. A okolica to nie tylko mikroskopijne tarasy ryzowe, lecz rowniez, a moze nawet przede wszystkim mniejszosci etniczne, ktore podobnie jak w Yunanie maja swoje tradycje, zwyczaje, stroje, jezyki. Po sniadaniu wypozyczamy motor. Na poczatku mial to byc wielki bialoruski Minsk, ale Machencjusz przetestowal kilka i okazalo sie ze tak jak wygladaja tak i jezdza, czyli jak wielkie muly. Padlo wiec na troche znienawidzona przez nas Honde Wave. Damy jej jeszcze jedna szanse.

Na poczatku jedziemy na najwyzsza w Wietnamie przelecz. Po drodze widac skutki niedawnych deszczow i huraganow. W tym rejonie kraju od osuwisk i powodzi zginelo ok 400 osob. Droga w wielu miejscach jest zasypana juz ujezdzonymi kamieniami i ziemia. Pokonujemy kolejny kamienisty fragment. Cichy huk, brak stabilnosci w tylnym kole.... HA! Zlapalismy gume. Nie musze chyba mowic, z czym nam sie to skojarzylo i jakie zaczelismy miec mysli odnosnie reszty naszego pieknie rozpoczetego dnia. I znowu jakis lokalny pan, wyjmuje z chaty narzedzia i znowu wielka atrakcja, latka (tym razem naklejana, a nie wypalana), pompowanie pompka, 50 000VND i niby ze OK. Zastanawiamy sie w myslach, czy nie wracac odrazu do Sapy i wymienic motor. Ale oboje w myslach dochodzimy do wniosku, ze taki pech drugi raz przydarzyc sie po prostu nie moze. Wjezdzamy na przelecz, po drodze mijajac przecietny wodospad. Napatrzywszy sie na tarasy ryzowe jedziemy szukac wiosek. Chcemy znalezc jakies troche bardziej oddalone od Sapy, do ktorych prowadzi zniechecajaca innych kiepska droga. Machencjusz juz doskonale wiekszosc blot pokonuje, pozostaje tylko kwestia opony, ale przeciez bloto jej nie przebije... Droga raz lepsza, raz beznadziejna. Bloto to nie wszystko, duzo na niej ostro zakonczonych kamieni. Zastanawiamy sie czy nie zawracac, ale za kazdym razem mowimy sobie - Zobaczymy co bedzie za kolejnym zakretem i tym samym, pokonujac kilka strumykow, zjezdzamy do doliny. Zostawiamy motor i idziemy spacerowac. Miedzy polami ryzowymi, od chatki do chatki, przez strumyki mini laski bambusowe. Przypomina sie nam Laos. Spotykamy milych ludzi, ktorzy troche patrza sie na nas jak na kosmitow, ale i usmiechaja sie. Dzieci patrza z przerazeniem, usmiechaja sie dopiero jak znajdzie sie kolo nich ktos starszy. Te starsze sa czasami odwazniejsze i bawia sie z Pelikanem. Przy jednej z gonitw, dwuletni maluch upada i tak sie boi ze zostanie zaraz dogoniony, ze az zasikuje sobie stopy... A reszta naprawde sie super bawila.... Tak sie smiali.... Kilka rodzin - glownie czarnych Hmongow, zaprasza nas do swoich domow, probujemy troche rozmawiac. Rozmowki w rece, troche na migi i troche wychodzi. Gorzej jak oni cos odpowiadaja, budujac cale zdania. Kobiety czarnych Hmongow wygladaja pieknie. Czarne turbany, grzebienie szczescia wpiete na czubku glowy, czarne tuniki zdobione pieknie na rekawach i przepasane haftowanymi pasami. Kolorowe spodnice, aksamitne tasiemki na nogach. W niektorych domach widzimy jak haftuja, w innych susza sie swiezo ufarbowane szarfy. W innej wiosce spotykamy czerwonych Dzao. Kobiety gola sa skronia i dosc wysoko czola. Reszte wlosow zaplatuja w czerwone chusty albo czerwone turbany. Oczy czesto podkreslaja na czarno, dla ozdoby zakladaja zlote korony na zeby. Wyglada to powalajaco....

dzao

Tagi: wietnam
08:46, segdovska
Link Komentarze (1) »

Zaraz po 16 zaczynamy sie zbierac w droge powrotna. Mamy przed soba 10 km pod niezla gore po blocie i kamieniach, no i ta opone, ktora nie wiemy czy wytrzyma... Wszystko przebiega jednak super sprawnie i docieramy do Sapy przed zmierzchem. Boski dzien!!!!

Nastepnego dnia wstajemy bardzo wczesnie, zeby zobaczyc lokalny targ zanim wstana inni. Przez to jednak ze pociagi z Hanoi przyjezdzaja o 6, mimo ze jestesmy chwilke po 7 przed hotelem po sniadaniu, sami nie jestesmy. Spacerujemy miedzy straganami, ale wrazenia to na nas wiekszego nie robi. To taka mikro namiastka targu z Yoshuo. Najbardziej podoba nam sie strefa tekstyliowa. Sprzedaja tam barwniki to tkanin, ufarbowane tkaniny, haftowane dodatki, aksamitne tasiemki, lokalne kobitki szaleja. I my szalejemy! Po ostrych targach przy kilku straganach odchodzimy z pelnym strojem Hmonga (dla Pelikana) dwiema spodnicami i pieknie haftowana szarfa (JA :D). Ok 10 lapiemy autobus do Lao Cai, skad bedziemy probowali przedostac sie do Bac Ha. W busie spotykamy znowu tego samego Anglika. Machencjusz pogrywa na nowo kupionych skrzypeczkach, krazymy po miescie szukajac kompletu. Do Lao Cai docieramy przed pierwsza. Nie udaje sie nam zamienic vouchera na bilet kolejowy, busa do Bac Ha znajdujemy natomiast bardzo szybko. Tylko ze znowu jestesmy jednymi z pierwszych klientow i znowu krazymy i krazymy po miescie szukajac chetnych. Jako ze nastepengo dnia w Bac Ha ma sie odbyc wielki targ, lokalni ludzie pakuja wory i skrzynki na dach. Dodatkowo zniszona droga sprawia ze zamiast 2h jedziemy 3,5 i dojezdzamy poznym popoludniem. Machencjusz wyrusza na rekonesans i znajduje naprawde przedni nowiutenki hotelik, z powalajacym widokiem - na jutrzejszy targ i gory. W pokoju obok - Anglik :P Idziemy na kolacje, poznajemy bardzo ciekawa Anglielko-Kanadyjke, ktora wybrala sie na 18-dniowy treckking i robi sobie wlasnie dzien w cywilizacji.


targ


Plan na kolejny dzien mamy podobny. Wstac bardzo wczesnie, zeby zobaczyc targowisko zanim zjada sie wycieczki z Sapy i Hanoi, po czym wskoczyc na motor i pojechac na kilka godzin zobaczyc okolice. To co dzieje sie na targu w Bac Ha jest po prostu nie-do-opisania. Okolice zamieszkuja Kwiatowi Hmong, ich nazwa odzwierciedla znakomicie ich stroje i usbosobienie. Maja na sobie wszystkie kolory jakie swiat kiedykolwiek widzial. Wszystkie oczywiscie naraz i im bardziej jaskrawo tym lepiej. Dziesiatki kobietek placza sie przy straganach, na ktorych inne sprzedaja wlasnie wyhaftowane spodnice, bluzki, paski, koralikowe tasiemki. Niektore sa tak tym wszystkim oblozone ze ledwo chodza, kazdy krok grzechocze. Orgia kolorow, dzwiekow, zapachow. Atak na wszystkie zmysły naraz. Co chwile wiec się az zawieszalam, nie mogąc zrobic kroku dalej. Handel wszystkim. Wyrobami Hmongow, kurami, swiniami, które darly się niesamowicie, ciagane za nogi na sznurku, handel wolami, tytoniem, chinskim badziewiem, zupami, żywnością. No i oczywiście stragany dla turystow, bo przyjezdza ich tu naprawde sporo. I nawet to nie przeszkadzaloby nam zupełnie, na targu tyle się dzialo, ze można było się zupełnie zgubic w lokalnych wydarzeniach, gdyby nie brak wyczucia. Ludzie wyposażeni w kosmiczne lufy – obiektywy, wkladali je niejednokrotnie ludziom w twarz. Kobiety zasłaniały się chustkami, rekami, mówiły nie, na co niektórzy tylko się smiali i im piątkę przebijali. Nie chodzi o to żeby zdjęć nie robic, o to ze robienie zdjęć Hmongom jest czyms zlym, chodzi tylko o to w jaki sposób się je robi. Majac takie znakomite obiektywy można wiele zdjęć zrobic z dystansu albo po prostu zapytac. Niektorzy naprawde nie mieli nic przeciwko. Ok. 10 wypozyczylismy niezniszczalna wszechobecna w tym rejonie Honde Dream i pojechaliśmy pod granice chinska. Co 10 km widzieliśmy kolejne targi – niedziela to bardzo popularny dzien do handlowania tutaj. Te kolejne były sporo mniejsze, ale bardzo autentyczne. Po dordze mijaliśmy wiele Hmongow wracających albo dopiero udających się na targ. z wielkimi koszami na plecach wdrapywali się na kolejne gory, od asfaltowej drogi co jakis czas odbijaly male ścieżeczki prowadzace miedzy polami ryzowymi do ich wiosek. I do tego wszystkiego mozaika pol ryzowych. Można się zatracic. Musielismy się niestety spieszyc, o 15 odjezdzal ostatni autobus do Lao Cai. Zdazylismy idealnie, troche przypadkiem, ale najważniejsze ze się udalo. Autobus pekal w szwach. Na dachu pakunki niesprzedanych towarow, wyrodku na podłodze tez. Ludzie siedziali gdzie popadlo, Machencjusz na przykład przez pierwsze 40 minut jechal Tylem do kierunku jazdy, siedząc na worku w przejsciu miedzy rzedami. Z czasem miejsca zaczely się zwalniac. Przy wysiadaniu ostatnich Hmongow doszlo do niezłej walki. Pomiedzy babeczkami. Pluly sobie w twarz, zrywaly chustki z włosów, az w koncu pomagierzy wywalili dwie osoby sila z autobusu. Probowalismy się dowiedziec o co chodzilo, ale nikt nas nie rozumiał. Do Lao Cai dojechaliśmy po trzech godzinach. Udalo się wymienic rezerwacje na bilet kolejowy. Co wiecej znaleźliśmy knajpke z transmisja wyścigu Monza. Obejrzylismy caly wyścig, który co chwile przerywany był reklamami (oczywiście w najważniejszych momentach), a ze powtorek ani komentarza nie było, caly wyścig zastanawialsmy co się dzieje. I dopiero po doczytaniu relacji w necie dowiedzieliśmy się jak to się stalo ze Kubica wyladowal jako trzeci. W pociągu mielismy miedzynarodowy sklad – Anglikow, którzy faszerowali się tabletkami na sen, Niemke i Chinke, która obudziwszy się rano zaczela siebie gadac. Okazalo się jednak ze nie do siebie. W nocy przyszla do niej inna Chinka i lezaly na tym ekstremalnie waskim lozku, na samej gorze we dwie.

W Hanoi na początku wszystko było zamkniete, przekoczowaliśmy wiec w jakims hotelu, po czym znaleźliśmy busa na lotnisko, najedliśmy się i reszte czasu spędziliśmy w kafejce załatwiając jakies tajskie sprawy i piszac relacje.

Za pol godziny odlatujemy do Bangkoku. Podekscytowani cieszymy się na to co nas czeka J !!

Tutaj najnowsze zdjęcia:

Sapa - Bac Ha

Madziula i Machencjusz (rozmawiajacy z babkami przy boardingu w sprawie swojego paszportu – zaczyna brakowac miejsca ;/)

Tagi: wietnam
08:45, segdovska
Link Komentarze (1) »
piątek, 12 września 2008

Halong

Opuszczamy Hanoi, jedziemy nad Morze Tonkińskie (czyli hanojskie z francuska). Slynna zatoka Halong. Jedna z tak zwanych perełek Wietnamu. Wygląda jak taka normalna, tylko wystają z niej wapienne pagórki. Na zdjęciach lotniczych wygląda super, z punktu widzenia człowieka inaczej oczywiście, ale również zdumiewająco. Do Halong Bay turyści jeżdżą zazwyczaj w ramach zorganizowanych z Hanoi wycieczek około dwudniowych. Słysząc przeróżne opinie postanowiliśmy spróbować zobaczyć to na własną rękę i za przykładem Konrada i Gochy zobaczyć Halong Bay inaczej, płynąc przez zatokę na wyspę Quan Lan. Konrad i Gocha ostrzegali że promy pływają o 9tej rano i 13.30, więc trzeba wyjechać wcześnie z Hanoi żeby zdążyć na prom (z Hanoi do Halong City jedzie się około 4 godzin). No to raz chcieliśmy sobie oszczędzić nerwówki czasowej i postanowiliśmy z Hanoi wyjechać po południu, zanocować w Halong City i wziąć ranny prom. Proste. No to w drogę.
W Hanoi, jak w każdym mieście w tej części świata, znajduje się wiele dworców autobusowych. Udało się nam nawet dowiedzieć o nazwę właściwego. Żeby nie bawić się w dojazd autobusem, wzięliśmy taksówkę, która oczywiście najpierw naokoło pojechała na dworzec o tej nazwie, tylko że kolejowy, w końcu udało się. Autobusem jechało się sprawnie,  teren płaski niesamowicie, wzdłuż drogi mnóstwo zabudowy, budynki mimo że często faktycznie wolnostojące, wciąż wysokie, długie, wąskie, a i bez bocznych okien. Po pewnym czasie dojechaliśmy na wybrzeże i stamtąd kilkadziesiąt kilometrów do Halong City. Zostaliśmy wysadzeni na pastwe losu motocyklistów dowożących ludzi z głównej drogi do centrum miasta. I tutaj mała informacja praktyczna. Nie tak dawno Halong City składał się z dwóch częśći, lądowej, gdzie była masa hoteli i restauracji (dla Rosjan i Chińczyków), skąd na część wyspiarską, z której odpływają promy na Quan Lan, trzeba się było przeprawić lokalnym promem. Obecnie ukończono most, więc chyba warto od razu pojechać dalej, oszczędzając na taksówkach czy tam motocyklach.
Konkurencja wśród hoteli i restauracji niesamowicie mocna, co jednak zupełnie nie ma przełożenia niestety na ceny usług czy też ich jakość.
Rano zbieramy się w popłochu, odszukujemy miejsce skąd odchodzą statki na Quan Lan, i szlak nas trafia jak patrzymy na cennik. Skasowali poranny prom, został jedynie ten o 13.30 (czyli warto jechać z Hanoi bez zatrzymywania się na noc w Halong City), za to wprowadzono nową rubrykę: rozróżniono Wietnamczyk i Obcokrajowiec. Teraz zamiast 70 tys dongow trzeba zaplacic 140 tys. I tak na kazdym kroku...
No nic, kafejka internetowa urozmaiciła nam czas, zakupiliśmy jeszcze kilka potrzebnych rzeczy i stawiliśmy się w porcie o tej 13.30. Łódeczka niewielka, ale sprawnie płynęła między pagórkami zatoki, barkami węgla, pełnomorskimi statkami handlowymi, rybakami mieszkającymi na maleńkich wysepkach, często po prostu przyczepionych łódkami do pionowych skał. Wraz z upływem drogi pagórki zaczęły się zmniejszać, aż po niecałych 4 godzinach dopłynęliśmy do Quan Lan, już zupełnie płaskiej.

na Quan Lan
Chcieliśmy jechać do domków na plaży polecanych przez Konrada i Goche, ale postanowiliśmy sie przeniesc do nich nastepnego dnia, pierwsza noc spedzajac w centrum miasteczka. Miasteczko lezy jakgdyby juz poza Wietnamem. Ludzie spokojniejsi, mniej nachalni, usmiechajacy sie, nienaciagajacy. Wreszcie! Zjedlismy niezla kolacje, w miedzy czasie się sciemnio i w niewielkim centrum , wyznaczonym przez 4 najpopularnijesze sklepoknajpy, rozleglo sie jedno wielkie telewidzowanie. Powod prosty - wszyscy wolni od swoich obowiazkow ciesza sie 5 godzinami, w ktorych wlaczone jest zasilanie. Po 22giej prad przestaje plynac, wiatraki przestaja mieszac powietrze w pokojach - wtedy to jest ciezko zasnac.
Rano po sniadanku przenieslismy sie na druga strone wyspy. Plaza wielkosci lotniska, czyste morze, domki na plazy. Relaks. Tyle z reklamy. Domki odnalezlismy, jednak wybralismy sie na dluzszy spacer zeby znalezc te plaze. Bezowocnie. Plaza moze i dluga, za to waska - wyglada raczej jak pas startowy niz lotnisko :) I w dodatku ten tony smieci. Styropian, zuzyte strzykawki, opakowania, itp itd. Rozwoj i dostepnosc przetworzonych produktow niestety negatywnie odbija sie na srodowisku, a 2 przyplywy na dzien troszcza sie o nowe dostawy odpadow. Znalezlismy jakies czystsze miejsce, poczytalismy co nam zostalo do przeczytania, pobawillismy sie troche w budowanie z piasku, i tak nam milo dzien minal. I znowu to goraco w nocy. W nastepna podroz trzeba bedzie wziac termometr, zeby to goraco w jakies liczby ujac. Naprawde, ciezko zasnac.

 na molo

A trzeba, bo z rana odplywal nam prom powrotny na staly lad. Udalo nam sie obudzic o tej kochanej 5.30 i dojsc na czas do przystani. Madziula pospala sobie w najlepsze, na szczescie dla niej staralem sie przechowac obrazy w pamieci naszego aparatu. Naprawde przyjemne kilkagodzin podrozy. W Halong City zjedlismy spoznione sniadanie, i rozpoczelismy podroz powrotna do Hanoi. Trzeba bylo taksowkarza mocno przystopowac, bo nie tylko dowiozl nas do glownej drogi, gdzie chcielismy wskoczyc w autobus, ale i chyba do Hanoi zawiezc. A licznik sie rozhulal. W autobusie znow zgrzyt: 3 dni wczesniej na dworcu kupilismy bilety po 65 tys za osobe, tutaj pomagier zadza 250 tys za nasza dwojke. Na poczatku cena spadla do 200 tys. jednak pomagier oczywiscie byl agresywny, krzyczal ze przeciez taki wielki bagaz itd. Jak na zlosc zostal nam sie wielgachny tutaj banknot 500 tys, wiec nawet nie bylo jak mu odliczonej kwoty dac. Wiec dalismy mu w dolarach, tracac mozliwie najmniej. Podroz, bez zastrzezen. Madziula, ktora troche sie chyba ode mnie zarazila przeziebieniem poklimatyzacyjnym, znow przespala wiekszosc trasy. Dojechalismy po kilku godzinach do Hanoi, po drodze nawet sie musielismy przesiasc w ramach optymalizacji wykorzystania miejsc w 2 autobusach za pomoca kompresji w 1 autobus, co nam wyszlo nawet na dobre, bo autobus dojechal calkiem blisko centrum. No to teraz niedaleko taksoweczka i do hotelu, gdzie czekaly na nas bileciki na wieczorny pociag do Sapy.
Mamy juz tutaj taka koncentracje wyuczona, zeby sie nie dac naciac, ale tym razem przeciez nie da sie nic tutaj numeru wywinac. Ok, taksowkarz obral najdalsza mozliwa trase, choc najszybsza (ale mu placone za kilometry), ale i tak wyszlo to nie duzo, jakies 35 tys dongow (czyli troche ponad 2 USD). Super. Zatrzymalismy sie na skrzyzowaniu, i jak to zwykle bywa, wypakujemy bagaze, pilnujemy czy wszsytko mamy, bo zawsze tego duzo z nami. Wreczam kolesiowi ten banknocik 500 tys. a on w tym poplochy wskazuje na przejezdzajacy radiowoz i mowi ze zaraz wyda tylko zaparkuje bardziej na poboczu i wsiada do samochodu. Hola hola, nie ma tak. Blokuje mu drzwi tak ze nie ma szans ich zamknac i macham na policjantow ze juz zaraz odjedzie tylko sie rozliczymy. Radiowoz w sumie to niewiele obchodzi, odjezdza nawet nie przystajac przy nas. Koles szuka w portfelu reszty i wydaje mi jak do 100 tys. Hm??? A gdzie wiecej? Oczywiscie brak angielskiego, wiec na migi mu pokazuje ze wiecej. A on ze nie. Hm??? Zagladam mu do tego portfela zeby znalezc ta piecsetke, a tu go nie ma. Bylem przekonany ze to bylo 500, jednak ogarnia mnie dziwne uczucie. Karze kolesiowi oproznic kieszeni - puste oczywiscie. Wyrywam mu portfel, odliczam reszte i prawie pusty mu oddaje. On sie wscieka i krzyczy jeszcze bardziej. Wokol samochodu juz ze 30 osob, ktorzy jednak raczej sa biernymi kibicami. Nikt po angielsku, wiec na nikogo nie moge liczyc. Trzymam w reku reszte, ale widze ze taksowkarz nie odpusci i dojdzie do rekoczynow. Koles wysiada z samochodu i w tym samym momencie widze, ze pod pokrowcem na fotel z koralikow przebija banknot. Wyjmuje schowana piecsetke i wsciekly demonstruje ja wokol wszystkim zgromadzonym, po czym przeganiam spalonego kierowce. Zakladamy bagaze i odchodzimy. Wstrzasnieci. To juz naprawde nie jest zwykle zawyzanie ceny owocow na targu. I to sie zdarza na kazdym kroku. Zastanawiam sie, jak sobie radza inni turysci.
Odnajdujemy hotel, udajemy sie na rosolek, bierzemy prysznic dzieki uprzejmosci obslugi hotelu, co wiecej, Madziula dostaje nawet pokoj zeby sie zdrzemnac godzinke, ktora nas dzieli do odjazdu na dworzec. Bo wieczorem czeka nas nocny pociag do Lao Cai - miasta na granicy z Chinami. 300 km, 8h jazdy.
Ale o tym w nastepnym odcinku.

Podsumowujac Halong Bay: trzeba obejrzec, to nie ulega watpliwosci. Warto jednak poszukac alternatywnych mozliwosciach zobaczenia tego miejsca (jesli sie nie chce natrafic na tlum turystow), zwroccie uwage na aktualnosc opisow. Wydaje sie ze region zmienia sie z roku na rok i to co 3 lata temu bylo niedostepne moze dzis byc turystyczne, ale i na odwrot.

Pozdrawiamy i zachecamy do zobaczenia reszty zdjec:

Halong Bay

Michal i Madziula (spiaca)

Tagi: wietnam
18:06, machy
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 11 września 2008

banany!Obladowani torbiszczami marki A Dong Silk  decydujemy sie na tygrysi skok na stolice. W Wietnamie popularne sa bilety typu open tour Saigon - Hanoi, z mozliwoscia wysiadki w glownych miastach. Jest to niewatpliwie zaleta smuklosci tego kraju, trasa podrozy nie ma wiele alternatyw. Tak wiec my decydujemy sie przeteleportowac sie do od razu do Hanoi, z braku czasu a nie ciekawosci oczywiscie. Znana trasa wracamy do Hue zwyklym jeszcze autobusem, a tam po krociutkiej przerwie zajmujemy miejsca w autobusie sypialnym - koncepcja jak w Chinach, ale jakas taka nowka byla i robila dobre wrazenie. Mielismy szczescie dokonania wyboru miejsc, bo przyjachal po nas pusty. Potem podjezdzalismy pod kolejne biura biletow i takiego wyboru inni juz nie mieli.
Szybko sie sciemnilo wiec postanowilismy sie wyspac ile tylko mozna. O ile autobus byl naprawde niezly, nie mozna tego powiedziec o drodze. Dziurawa droga jakas byc musiala, skoro w nocy kilka razy zdarzylo nam sie wybudzic: spalismy na gornych lozkach na tylnym kole, i kilka razy naprawde podrzucalo az nas w gore. A u mnie sie pasy jak na zlosc przy lozku zepsuly. Kilka razy tez spadaly nasze siaty z zakupami, jednak ogolnie mozna nazwac podroz za sprawna.
W nocy widzielismy sie blyskajace chmury i rano niestety padalo. Bardzo tego nie lubimy. Leje, my jeszcze nie zdazymy wyjsc z autobusu z bagazami, a nasze duze plecaki juz wyladowane na chodnik i mokna. Rutyna: lapiemy taksowke, upychamy bagaze do srodka, nawet pewnego samytnego Walijczyka (na poczatku zrozumielismy ze jest jakims chirurgiem jak sie przedstawil, jednak poprosilismy o powtorzenie i sie okazalo ze koles przycina galezie drzew - na wizytowce: bobtreeman@hotmail.com), no wiec bierzemy tego zagubionego Walijczyka i jakos siedzimy wszyscy razem w Matizie. Na zewnatrz leje, my zabezpieczeni. Odpalamy, ale cos nie chce zaskoczyc. Rozrusznik kreci i kreci. Ok, zdarza sie. 4 minuty krecenia, zeby nie padalo to bym wyskoczyl po inna taksowke. Wiec siedzimy. Hm. Mowimy ze jak ma problem to niech powie, to sobie jednak pojdziemy. Nie nie, zaraz zadziala. No i koles zaczal jechac na rozruszniku. Czyli trzymal kluczyk przekrecony, sprzegla puszczone, i tak sobie zabimi skokami wesolo plasamy w tej ulewie. NIe no, przeciez nie dojedziemy tak do hotelu. Opuscilismy taksowkarza, dojechalismy ciasnymi uliczkami pod hotel, ten okazal sie jednak za drogi ale obok byl inny polowe tanszy. Zalatwione.

lalkowy

Przestalo padac, wiec wyruszylismy na zapoznanie miasta. Mieszkalismy w starej dzielnicy, gdzie wszedzie blisko, klimat, i wogole super. Spacer okazal sie bardzo urozmaicony. Bylismy na uliczce kowali, dekarzy, zielarzy, zabawkarzy, jedwabiarzy, kiczarzy, okulistow, kucharzy, piratow DVD i szewcow rowniez. Ciekawe ze 3 sklepy sprzedajace lustra w Hanoi musza znajdowac sie brama w brame, itd. Ciekawe rowniez, ze w Hanoi mozna sobie kupic nie tylko Katyn, filmy Kieslowskiego, ale rowniez i takie dzielo jak Vinci. Tak wiec zobaczylismy sobie w ostatnich dniach m.in. Katyn. (Tutaj dygresja na 100 stron moglaby powstac). No dobrze, to jakie jest to Hanoi. Tloczne, gwarne, choc nie az tak jak nas przestrzegano. Domy waskie, wysokie a i glebokie. W gorze masa kabli, w dole sprzedajacy. Czysto, na tyle ile sie da. Po calym dniu handlu zielenina i miesem (dzis widzielismy kobitke ugniatajaca w mozdzierzu male kraby - co dalej sie robi z tym?) przychodzi brygada smieciarzy, czego nie widzielismy nigdzie w Indiach. No ale w sumie tu nie ma krow na ulicy, spelniajacych podobna funkcje. Ok, co jeszcze? Bylismy w wodnym teatrze dla lalek - tak tutaj w wietnamie sie od 1000 sztuki wystawialo wycinajac z drewna rozne lalki i dajac przedstawienia uzywajac za sceny m.in pol ryzowych. W Hanoi znajduje sie caly teatr po prostu z zalana scena, a aktorzy dajacy 4 przedstawienia dziennie po godzine kazde stoja po pas w wodzie ukryci za kurtynka. Kiedys profesja ta byla bardzo narazona na choroby kosci, teraz podobno maja cos tam wodoodpornego.
Oprocz tego bylismy w muzeum Ho Chi Minha, ktore na pewno jest bardzo ciekawe dla Wietnamczykow, jednak jest zbyt malo przejrzyste a i za bardzo szczegolwe (mnostwo ukazanych dokumentow po wietnamsku) zeby spelnic nasze oczekiwania. Warto jednak odwiedzic i zobaczyc muzeum w kraju komunistycznym.

co ona kroi?

Zrobilismy u miejscowego optyka Madziuli nowe okulary, zobaczylismy super wyscig F1 w Belgii, nie kupilismy butow bo byly naprawde zlej jakosci albo w polskich cenach, odwiedzilismy pare swiatyn, przychodnie, w ktorej lekarka byla taka nie kumata, ze mialem duze watpliwosci czy brac przepisany specyfik (potowki niestety daly o sobie znac), odwiedzilismy pierwszy osrodek naukowy w Wietnamie, w ktorym to uczyli sie dzieci Mandarynow - czyli urzednikow cezara), udalo sie nam wyslac 11 kg rzeczy do Polski (morska poczta idzie do 4 miesiecy, wiec sie troche wykosztowalismy na samolot), w miedzy czasie po raz pierwszy skorzystalismy z taksowki motocyklowej, w trojke naprawde sa niezle wrazenia. Acha, no i wszystko to nas nie tak malo wynioslo - wymieniona kolejna partia nowozelandzkich szybko sie rozeszla - ceny jednak dosyc wysokie (glownie jedzenie).
W Hanoi poczulismy sie dobrze, centrum naprawde kompaktne i ma klimacik, takie ekstrasy jak zatloczony nocny targ kiczowatych balonow, swiecidelek itd cieszy oko zagranicznego turysty.
Czas jednak bylo opuscic stolice: Wietnam opuszczamy wprawdzie z Hanoi, ale cos nam tu zostalo jeszcze waznego do zobaczenia.

Partia zdjec z Hanoi znajduje sie tutaj:

Hanoi


Pozdrawiamy

Michal i Madziula

Tagi: wietnam
14:20, machy
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 września 2008

sklep

Pisalem, pisalem, pisalem, juz prawie konczylem i tak przez przypadek uzylem skrotu Ctrl+W. W Firefoxie oznacza to natychmiastowe zamkniecie strony. Czyli pisac od nowa trzeba...

W poprzednim odcinku jak pamietacie na noc nie docieramy do Hoi An, spimy w Danangu oddalonym o niecale 40 km. 

Rano jedziemy do Hoi An autobusem publicznym. Warto w skrocie poruszyc dwie kwestie. Autobusami rzadzi mafia. Kierowcy, ale i bileterki mowia ze bilety na wszystkie autobusy dzisiejsze wysprzedane i trzeba kupic u kierowcy. Juz dzien wczesniej oprocz fabrycznych lawek kierowca mial swoje plastikowe krzeselka ktore troszczyly sie o dodatkowe dochody kierowcy. Dzis jednak autobus byl prawie pusty - 5 zajetych miejsc. Reszta nalezy do kierowcy i jego chamskich pomagierow, ktorzy podczas drogi werbuja nowych pasazerow a i wypychaja przez tylne drzwi tych co chca wysiasc, tyle ze autobus nigdy sie nie zatrzymuje i zadaniem pomagiera jest pomoc wysiasc jegomosciowi przy jak najwyzszej mozliwie predkosci, pewnie nawet kolo 20 km/h. 

Dojechalismy do Hoi An, doszlismy do centrum na piechote, wybralismy hotelik z basenikiem, taka duchota.

Hanoi pieknym miastem, niezniszczonym podczas ostatniej wojny wietnamskiej. Dlugie tradycje handlowe zarowno z Chinczykami i Japoncami, jak i Europejczykami. Widac wiec w architekturze mieszanke styli i wplywy z roznych stron swiata. Unesco nadalo tytul dziedzictwa swiatowego, w centrum wiec rzadza piesi. Piekny spacer, zagladanie do swiatyn, ale rowniez nie objety przez Unesco zaszczytem lokalnym targiem, z atrakcyjna czescia mieszczaca sie na spietych razem kutrach rybakow, ktorzy ryby przeladowuja od razu do koszy klientek, podplywajacych na minilodeczkach czy tez tym z ladu, co weszli na poklad. 

Hoi An przez lata slynelo z handlu tekstyliami i tak jest do dzis. Krawcow jest w tym miescie 500, a zazarta konkurencja trzyma ceny dosc nisko. Tosmy troche poszaleli. Spedzilismy w sumie w Hoi An ze 2 doby, i ostatecznie opuscilismy je z 4 torbami: 2 garnitury, plaszcz i kurtka dla mnie i plaszczyk, bluzka i garsonka dla Madziuli. Oszczednosc niesamowita w porownaniu z wydatkami jakie musielibysmny poniesc w Polsce. Mam nadzieje ze blyskawiczne wykonanie nie bylo kosztem jakosci. Bo bylo naprawde blyskawiczne. Pokazujesz w katalgou fason, wybierasz tkanine, kolor podszewki, mierza Cie przed 22ga a juz na rano mozesz liczyc na przymiarke o 10tej. Kiedy oni spia?? Acha, komentarz do zdjecia jeszcze: w ostatnim dniu firma nasza krawiecka miala jubileusz chyba juz 3 lat nowego sklepu i mieli calodniowa impreze, wiec dlatego te drzwi do sklepu takie zamkniete. 

Nie udalo nam sie niestety troche z wlasnej winy zdazyc zobaczyc ruiny My Son, oddalone niecale 60 km w jedna strone. My slyszelismy wczesniej ze to tylko 30 km, wiec niestety tuz przed wyjazdem okazalo sie ze nie zdazymy przed wyjazdem z Hoi An tam pojechac, zobaczyc i wrocic. Bylismy za to na bardzo nieodleglej China Beach, na ktorej Amerykanie odpoczywali  czasem w czasie wojny wietnamskiej. Nigdy jakos Wietnam nie kojarzyl mi sie z plazowaniem, a tu nagle bialy piasek, cieplutka woda, slomiane parasole i wszystko co potrzeba do szczescia. Acha, najlepsi sa Australijczycy - u siebie bojacy sie opalac ze wzgledu na dziure ozonowa, tutaj lezacy plackiem ile sie da.

Wizyte w Hoi An uznalbym za wiecej niz bardzo udana gdyby nie ta sytuacja z awaria naszego dysku zewnetrznego.  Z mojej analizy wynika ze uda sie nam odzyskac zdjecia, poza tymi z przejazdu Laos - Wietnam niestety i duza czescia Hoian. Ponizej link do kilku zdjec, ktore nie zdazylismy przegrac...

Hoi An

Pozdrawiamy serdecznie

Michal i Madziula

Tagi: wietnam
04:39, machy
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2

Wyświetl większą mapę Locations of visitors to this page