Plan jest taki: Chomik bedzie studiowac na Antypodach, Pelikan opoznia sobie studenckie czasy i jedzie cieszyc sie wolnoscia.

Wpisy z tagiem: Chiny

piątek, 26 września 2008

 gwiazdy dwie

Po godzinie spokojnego rejsu osiaga sie Hong Kong. Odprawa paszportowa, celnik za bardzo nie wie gdzie ma pieczatki mi wbic, ale to przeciez Hong Kong i do braku miejsca sa przyzwyczajeni, wiec przyklepujemy stara pieczatke z Fiji i juz tylko badanie wizualne stanu zdrowia i witamy w Hong Kongu: prosimy nie pluc, nie smiecic, nie palic. Wracamy po dwoch miesiacach petli po Azji: nic sie nie zmienilo, oprocz tego ze minela olimpiada, wiec i mniej wystroju olimpijskiego, a i troche chlodniej: juz nie 32 tylko 27 stopni. Prom przybija do przystani w centrum Kowloonu, wiec na piechotke idziemy do naszego hoteliku. Hmm ciekawe, pierwszy raz zgodnie z prawda mozemy grzecznie odmowic hotelarzom mowiac, ze juz mamy zabookowane. Od 2 miesiecy. No bo przede wszystkim musimy odzyskac dwie wielkie walizki, ktore tu zostawilismy. Hotel zamkniety. Konkurencja wiec kusi i neci, ale jak mowimy ze mamy w srodu bagaze, sami dzwonia do babeczki, ktora wkrotce sie zjawia. Czuje sie jakbym sie spotkal z jakas dobra znajoma (juz potrafimy odrozniac tutaj jednego azjate od drugiego), ciekawe to uczucie spotkania sie po 2 miesiacach, tyle sie wydarzylo przez ten czas. Podobno lato wcale nie bylo udane w Hong Kongu. U nas owszem :) Walizki sa, dostajemy pokoj w lepszej cenie niz w lipcu, a i z oknem, wiec jestesmy w siodmym niebie. Chcielismy isc jeszcze na internet, ale nie dalismy rady. Naprawde, to byl dlugi dzien. Lapie sie na tym ze jeszcze rano bylismy w Bangkoku i az ciezko w to uwierzyc, a w sumie poprzednia noc byla bezsenna, wiec nalezy nam sie spanie. Dlugie spanie. Przeciez niedlugo czas sie przestawic o 6 godzin do tylu...

To spimy do oporu. Nie wiem kiedy ostatnio spalismy do 10tej rano. I czujemy sie swietnie. Przeplynelismy z Kowloonu, ktory lezy na stalym ladzie (w XIX wieku dolaczony do Hong Kongu), do wlasciwego Hong Kongu, i tak sobie spacerowalismy z przewodnikiem w reku. W tym miescie wszyscy raczej sie spiesza, ale my juz jakos nie moglismy wrzucic piatego biegu. Wiec sobie obserwowalismy: to spieszacych sie biznesmenow jak z reklamy o problemach z bessennoscia, to pary mlode klebiace sie kolo urzedu stanu cywilnego, to znowu obrzydliwie bogate kobiety wiezione od jednego sklepu luksusowego do jeszcze drozszego. Ciekawe: w scislym centrum, mozna sobie kupic ciuch czy kosmetyk kazdego z topowych kreatorow mody, za to brak zupelnie restauracji, kawiarenek itp gdzie Ci bogaci mogliby usiasc i ze soba porozmawiac. Nietypowe mi sie to wydalo, ale moze po prostu tutaj wszystko jest posortowane w minidzielnice i je sie gdzieindziej.

feng shui?

Mieszka sie za to gdzie tylko sie da. Starsze budynki zostaja wyburzane i na ich miejscu stawiane nowe, jeszcze wyzsze. Ciekawe jak wygladaja wnetrza tutejszych blokow i mamy nadzieje, ze podobnie jak na ursynowie za ta wielka budowla kryja sie setki roznorodnonych, przytulnych mieszkan hongkongskich rodzin, a nie tylko komorek do spania. Tyle ze o ile na Ursynowie bloki sa rozrzucone z dala od siebie, tutaj wszystko jest jeden na drugim. Dodatkowo warunki geograficzne sprawiaja, ze jeden blok goruje nad drugim, pomiedzy nimi, wija sie serpentyny drog, estakad i kladek dla ludzi poruszajacych sie na rozne sposoby, gdzie mape trzeba czytac z wielka uwaga. 

hkg

Polecamy w Hong Kongu wjechac na szczyt wzgorza tramwajem, podobnie jak w Wellingtonie wybudowanym w XIX wieku. Kolejka linowa tutaj ma jednak trase o zakrzywionej linii a i zmiennym nachyleniu, co powoduje ze jazda jest niezwykle atrakcyjna - podobno jest to najstromsza kolejka na swiecie (konstrukcja jak na Gubalowce). Widoki sa spektakularne: na lezace u stop wzgorza centrum Hong Kongu, Kowloon i Nowe Terytoria po drugiej stronie zatoki, a rowniez, odwracajac sie o 180 stopni, zupelnie puste zbocza wzgorza opadajace ku otwartemu morzu. Jako ze ostatnio sie przemiescilismy znacznie na wschod, a z drugiej strony przestawilismy zegarek o jedna godzine na czas chinski, nie za bardzo wiedzielismy, o ktorej slonce w Hong Kongu zachodzi. Troche wiec zeszlo (obralismy sobie wiec i zjedlismy Pomelo), zanim zrobilo sie zupelnie ciemno i zobaczylismy Honk Kong po zmroku, czego oczywiscie zadna fotografia nie odda, choc sie staralismy. Czekal na nas juz powrot do hotelu, zahaczywszy o kilka sklepow. Myslelismy zeby zainwestowac resztke pieniedzy i kupic COS zeby odsprzedac w Polsce z zyskiem, ale zabraklo czasu zeby dobrze sie rozeznac w sytuacji, co takiego ma teraz w Polsce powodzenie i na czym by tu mozna zarobic. Tak wiec wpisujemy sobie do dzienniczka 1 z przedsiebiorczosci.

Czas plynie tu jakos niebywale szybko. Wrocilismy do hotelu, usilowalismy sie spakowac, zadzwonilismy do domu, wpisalismy relacje z dwoch dni i juz sie zrobila 5ta rano. Za pol godziny trzeba bedzie obudzic Madziule, i lecimy na lotnisko. A stamtad prosto do Londynu. Kilka godzin z moja siostra i w niedziele sie meldujemy na Okeciu 10:10.  Jak to szybko zlecialo. Dzis schodzac sobie tak ze wzgorza pozalowalismy ze Madziula nie wziela dziekanki na jeszcze jeden semestr.... 

Wizyta w Hong Kongu wiec ekspresowa, choc dla Hong Kongu bardzo potrzebna, bo udalo mu sie poprawic u nas reputacje. Pewne rzeczy sa niezmienne, ale w mniej zamglonym powietrzu, chlodniejszym, przy bardziej zielonej niz poprzednio mulastej wodzie, po prostu wypadaja atrakcyjniej. 

Pozdrawiamy, pozdrawiamy

Michal i Madziula

Kilka zdjec zobaczycie tutaj:

Hong Kong na koniec

 A na koniec jeszcze piosenka na pozegnanie: nucimy ja w ostatnich dniach bardzo intensywnie, choc chodzi za nami od Fiji:

 

 

 

Tagi: Chiny
23:02, machy
Link Komentarze (2) »

portugalia

Ten dzien nie ma konca. Skonczylismy nadrabiac zaleglosci blogowe, zadzwonilismy do rodzin i okazalo sie, ze dochodzi druga w nocy. O 3.30 mamy zamowione budzenie w hotelu, zebysmy nie zaspali na samolot. Lecimy do hotelu, ja pakuje rozne rzeczy, Madziula pakuje sie do lozka wykorzystac choc chwile tej nocy na sen, ja czytam sobie o Makau.
3.30 dzwoni telefon ale nie budzi mnie on ani Magdy :P Wsiadamy do taksowki rowno o 4tej, kierowca pedzi chyba bo lubi a nie ze nam sie spieszy - po polgodzinie zajezdzamy na przed oswietlony terminal. Trzeba powiedziec ze lotnisko robi niezle wrazenie. 2 lata temu oddane, jeden terminal, wiec wielki. Stylistycznie mogloby byc lepsze, nie mowiac o kilku szczegolach, ktore psuja odbior, ale co tam. Musielismy doplacic troche za nadbagaz (uwazajcie bo w AirAsia tylko 15kg), akurat tyle co bylo kaucji za klucz hotelowy (niemalo wcale!). I tak sobie czekalismy na samolot, ja umieralem z glodu a ceny lotniskowe sa raczej jak w Nowym Jorku a nie w miescie ktore to lotnisko obsluguje. I tak sobie tylko wspominalem, ze swiezo wyciskane soki ogranicza w Bangkoku jedynie pragnienie a nie portfel...
No dobra, wreszcie sie wpakowalismy do samolotu z mokrym recznikiem, w polarze i spiworem pod pacha, wszystko aby choc troche obnizyc wage glownych bagazy. Akurat polar i spiwor sie na lotnisku przydaly, bo tutaj w Azji jest albo parnie, goraco, duszno, albo sie siedzi w klimatyzacji nastawionej na mrozenie.
Weszlismy do samolotu, i powiem tylko ze mnie obudzil ryk rozpedzanego samolotu, a potem turbulencje samolotu juz w koncowej fazie lotu, choc Madziula mowila ze trzeslo caly czas. Troche kolowalismy nad Makau, az wreszcie sie udalo wyladowac z dosyc mocnym przykucnieciem na pasie startowym, na miejscu ktorego jeszcze 13 lat temu plywly statki. Ale o odzyskiwaniu gruntow nieco dalej.
Jestesmy w Makau - co Wam sie kojarzy? Portugalczycy?

wnetrze puste

Portugalczycy jako pierwsi tutaj doplyneli z Europy i Makau od 16tego wieku bylo ich baza, choc korzystalo z niej wiele innych narodowosci, nie tylko zreszta do handlu z Chinczykami. Kompresujac historie, Makau, wczesniej wydzierzawione  Portugalii niecale 9 lat temu zostalo oddane Chinczykom, 2,5 roku po tym jak stalo sie to z Hong Kongiem. Od tego czasu jest to specjalny region administracyjny Chin, jedyne miejsce, gdzie zalegalizowany jest Hazard. I rok temu Makau mialo juz przychody z Hazardu wieksze niz Las Vegas. Glownie przegrywaja tutaj Chinczycy, ale przylatuja tez Japonczycy, Amerykanie i inni majetni. Bylismy w Muzeum Historii Makau, calkiem niezle przedstawionym, jednak wystarczy chwile poszperac w internecie, zeby poszerzyc swoja wiedze o to zagadnienie, do czego zachecamy mocno, bo historia (i terazniejszosc) bardzo ciekawa.

makau

Makau ma dwie twarze (co najmniej): pierwsza, zewnetrzna to twarz jaka widac z mostu prowadzacego z lotniska do miasta, z portu do ktorego przyplywaja katamarany z Hong Kongu czy tez z helikoptera przylatujacego co 15 minut z HK. Wysokie budynki kasyn, hoteli, domow mieszkalnych. W nocy kolorowe, w dzien szare. Wiele nieukonczonych. Ulice pustawe. Zadne to Las Vegas - tam jest to miasto pieniadza totalne. Tutaj smieci sie walaja na ulicach, rozkopy, malutkie skelpiki kolo wielkich kasyn. Nie podoba nam sie. Ale im dalej wglab miasta tym kasyna starsze, miasto co raz gestsze, az na raz jest ta niewidzialna granica, kiedy wchodzi sie w stare miasto. Cos niezwyklego: nagle wiecej kosciolow niz swiatyn, plytki jak na scianach lizbonskich domow, chociaz wszedzie Chinczycy i Portugalsko Chinskie napisy. Mnostwo turystow, zwlaszcza na typowo turystycznych ulicach, chociaz przeplataja sie rozne narodowosci. W ciagu tego dnia spotkalismy 3 grupy Polakow, czyli tyle ile od poczatku pobytu w Azji. W Makau!

Lubimy niespodzianki podczas zwiedzania. Mile niespodzianki. To takie, kiedy wiemy, ze jestesmy w danym miejscu w dobrym czasie. Na przyklad jutro bylby taki dobry moment, bo akurat jest swiatowy dzien turystyki i Makau organizuje ten dzien przygotowujac arsenal fajerwerek. To by byla taka wyjatkowa niespodzianka. My natrafilismy na inna niespodzianke. Jak sie okazalo, pare dni temu Makau nawiedzil tajfun. Od razu nas zdziwilo, ze kolo nowego kasyna w alei drzewa byly jedno po drugim poprzewracane wraz z korzeniami. Taki luxus i taki widok. Zdziwilo nas, kiedy przed jednym sklepem kotlowali sie klienci wyraznie walczac o oferowane towary. Az w koncu nam sie mozg otworzyl. Miasto zostalo potraktowane mocnym wiatrem i deszczem, a ulice ktorych poziom niewiele przewyzszal 0 m npm zostaly zalane. Morze dalo nauczke, zeby nie odzyskiwac gruntow. Sklepy, w ktorych towar leza na podlodze, zostale dotkniete surowo. Widzielismy wielkie stosy zepsutych towarow, przed odziezowymi ludzie przymierzali mokre spodnie, ktore wlasciciel pewnie sie zdecydowal sprzedac po jakims wielkim rabacie, by tylko odzyskac czesc gotowki. Zaglebilismy sie w te male uliczki i baaardzo nam przypadly do gustu. Mix portugalsko chinski.

Kasyna

Czas jednak naglil, posililismy sie wiec w znanej sieci restauracji i jak juz opuscilismy zlote luki okazalo sie ze slonce sobie poszlo swiecic na zachod. W drodze powrotnej widzielismy juz wiec zupelnie inne kasynowe wiezowce, z czego Grand Lisboa mimo wieku wciaz chyba jest najbardziej przykluwajacy uwage. Co tu sie rozpisywac, kasyna jak kasyna. Bylismy w krotkich spodenkach, wiec w srodku nie bylismy.

Odebralismy bagaze (zdzierstwo z tymi cenami), wskoczylismy na katamaran i pomnknelismy do Hong Kongu. 

Tutaj zdjecia z Makau:

Makau

pozdrowienia!

Michal i Madziula

 

niedziela, 10 sierpnia 2008

stop

Ostatnio bylo wolno, powoli, bez pospiechu, leniwie. Nie wiem czy to ogolne, troche paralizujace zmeczenie materialu, czy tez moze samoprzystosowywanie sie organizmu do podobno leniwego Laosu. A moze jedno i drugie.

Skonczylismy w  Lijiangu. Plan byl taki zeby wsiasc w ranny autobus do Dali, po czym do Yunglongu i spedzic piekny wieczor w tysiacletnim Nuedengu. Potem mielismy pojezdzic kilka dni po pieknej dolince. Plan byl, ale nic z niego nie wyszlo. Zabraklo zapalu, organizacyjnej sily, wzajemnej motywacji. Dopadlo mnie w Lijiangu jakies katarowe uczulenie, drugi raz w zyciu, nie chcialo mi sie nic, wlacznie z wstawniem z lozka, Machencjuszowi oko spuchlo, tak wiec pospalismy sobie, tak po naszemu, czyli dluuuzej niz przecietnie. Przez to z Lijiangu wyjechalismy mozno pozno i na ostatni autobus do Yunglongu nie zdazylismy. 

oko

Potem byla debata - co robic z tak pieknie rozpoczetym dniem, co dalej? Dolinka odpadla, jedziemy na poludnie, pod granice z Laosem. Najblizszy autobus? - Dnia nastepnego o 12. Jedziemy szukac noclegu. Troche sie nam zeszlo. Zly autobus, kolejny zly autobus, w koncu dotarlismy, bawiac sie w zastawianie Chinczyka naszymi bagazami. LOL.

Spac poszlismy nie za wczesnie, rodzinne konferencje. Rano ze wstawaniem nie spiesznie nam bylo. W  koncu autobus w poludnie. Leniwy prysznic, sniadanie, kilka/kilkanascie/kilkadziesiat rozgrywek w Diggera. Wolne spojrzenie na zegarek = 11 AAAAAAAAA czas sie pospieszyc. Pakowanie, checkout, bieg na autobus miejski. Ja: Wezmy TAXI. Wiem ze drogo, ale mamy juz bilety, ktore kosztowaly nas ponad stoweczke (PLN)! Pelikan: Po co? Ja: Nie to nie. Niech Ci bedzie. Podjezdza autobus, decyzja Machencjusza - wsiadamy. 5-10km/h. Co sekunda kolejny postoj. 11:40. Ja:Jestes pewny ze dobrze robimy? M: A o ktorej ten autobus? 12. AAAAAAAAAA Myslalem ze poniej. Wysiadka. AUtostrada. Chinska autostrada. Taxi. Gdzie Taxi? Jest. Ni w zab po angielsku, pokazujemy wiec nasz bilet na autobus. Pedzimy. Od predkosci az kreci sie w glowie. 60! Dojezdzamy. 12.02. Lece z biletami stopowac autobus, Machencjusz sie rozlicza i bierze duze plecaki. Nie ten dworzec autobusowy. Glupi Chinol. Jedziemy dalej. 12.10 - jestesmy na dworu, biegniemy!!! Jest! Czeka na nas, tylko na nas. Wow! Nasz pierwszy od dwoch tygodni niepunktualny odjazd autobusu w Chinach. Jedziemy. Dwa wyluzowane debile. 

Po 8 godzinach lektury i obiedzie zupelnie nie wiadomo gdzie zasypiamy. Trzeba przezyc jeszcze jakos 10 godzin podrozy na naszych chinskiej wielkosci lozkach. W nocy kilka patrolow policyjnych swiecacych wszystim spiacym do oczu. Sen twardy, nasz sen. Otwieram oczy. Nie wiem co mnie obudzilo. Jestesmy na dworcu, u celu. W autobusie nikogo. Kierowcy posprzatali juz autobus. I czekaja. Na nas. Na nasze przebudzenie. Cicho rozmawiajac. Michaaaas, chyba czas wstawac, sami zostalismy, na nas czekaja. :)

Mielismy plan znalezc motorki i na wies. Wioski podziwiac. Widokami sie delektowac. Pada. Deszcz monsunowy. Zachcialo sie zwiedzac Azje z porze deszczowej. Szukamy hotelu. Taksowkarz ni w zab po angielsku, czyli chinski standard. Nie wie gdzie tani hotel, zawozi do jakiegos chinskiego wypasu. Idziemy szukac sami, ale pada, cali mokrzy. Kolejna taksowka, kolejny niekumaty taksowkarz, tym razem nawet nazwe hotelu i adres w chinskich znaczkach mu pokazalismy. Zawiozl nas do restauracji, po czym do restauracji. Wysiadamy, szukamy moknac sami. Jest - ladne tajskie budki drewniane, w centrum miasta. Zostajemy. Decyzja - czekamy na koniec deszczu. Konczy padac o 17. Caly dzien w necie. Szukamy inspiracji i czytamy ostatnio naszych ulubionych podroznikow - KOGO = czyli Konrad i Gocha w podrozy prawie dookola swiata w prawie dwa lata. Wypozyczamy motorek na dzien nastepny w przydroznym warsztacie. Wieczorne rozgrywki w Diggera - od jutra koniec marnowania czasu! 

Wstajemy rano - leje niemilosiernie!  Przeczekamy. Leniwy sen, powolne sniadanie. 12. Pada, ale co zrobic, jedziemy!

Do Damenglongu pod granice z Birma. Piekne wioski, pola ryzowe, przydrozne stupy i mniej przydrozne, ryb lowienie razac pradem albo moczac siatkowy namiot w rzekach. 

ryb lowienie

Pada, nie pada, pada, Nie pada. Deszcz nam niestraszny, cieply deszcz. Ja nabralam juz takiej wprawy w pasazerskiej jezdzie ze beztrzymanki jezdze, Machencjuszowi zdjecia robiac. Pelikan tez wprawy nabral, przez takie blota nas sprawnie przewozi:

motorowy

Zalane blotnistym deszczem pola ryzowe,pierwsza proba zakupienia Tuk Tuka, bazary i te wioski z domami na palach. Do Damenglongu nie dojezdzamy, za pozno, czas wracac. Pieknie bylo, bardzo pieknie. Mialo byc w tym rejonie mnostwo mniejszosci etnicznych, nie widzielismy zadnych, ale i tak pieknie bylo. Bardzo pieknie bylo!

Jutro przeprawa do Laosu. O 6.20 autobus, bilet kupiony. Nie za bardzo w naszym stylu tak rano wstawac. Ale coz. I styl czasem trzeba zmienic. 

Ogolne wrazenia z Chin? Tak pobieznie, na podstawie jedynie 2 tygodni, w jedynie jednej prowincji. Kraina ladna, piekna, ale wyobrazenie jej w Polsce jest mocno mylne. Chiny nie sa wcale tanim cenowym rajem, w ktorym Chinczyk wszystko za miske ryzu zrobi. Jest conajmniej dwa trzy razy drozej niz w Indiach i tu w przeciwienstwie do Indii widac ten wielki imponujacy wszechogarniajacy rozwoj gospodarczy. Indie to trzeci swiat. Chiny zdecydowanie nie. Duze miasta ociekaja kasa, prowincja biedna, ale radzi sobie. Chiny to kraj olbrzymi. Naprawde nie wiem ile potrzeba miesiecy, zeby je choc w miare zwiedzic. A i tak przemieszczanie sie dosc sprawnie idzie. Co prawda nikt tu szybko nie jezdzi - ok 60km/h w porywach do 100km/h na najlepszych autostradach, ale ruch jest dosc plynny. W autobusach - KAZDY ma swoje przypisane wczesniej miejsce, autobusy odjezdzaja punktualnie. Ludzie - sympatczni, usmiechnieci, czesto bardzo, czasami bojazliwi, jak tylko probowalismy otworzyc do nich usta. Raczej ograniczeni do swoich codziennych zadan. Taksowkarz nie wie gdzie hotel, to nie wie, nikogo nie zapyta, woli nie zarobic. Babka w restauracji/ w wypozyczalni rowerow nie wie gdzie  wypozyczyc motory to nie wie, nie pomoze. No HAVE, DON't know. I kropka. Nie bylo dane  nam zobaczyc przedsiebiorczego ducha chinskiego. Chinczyk  to nie Hindus. Choc ma to swoj duzy plus. Wreszcie nikt nas nie nagabywal, wreszcie nikt za nami nie lazil i do niczego nie namawial. Glowna przyczyna takiego stanu rzeczy byla pewnie prosta - przepasc komunikacyjna, my nic chinskiego, oni angielskiego. 

Xishuangbanna

Madziula, Pelikan z lewej mej. 

P.S. W Laosie maja lepszy net - udalo mi sie dodac zdjecia.

P.S.2 Mimo ze jestesmy w olimpisjkich rewirach, blizej nam myslami do Gruzji... Niech sie trzymaja. 

Tagi: Chiny laos
17:25, segdovska
Link Komentarze (5) »
środa, 06 sierpnia 2008

my

Dzialo sie w ostatnich dniach, oj dzialo!

Ale po kolei. Kolejny dzien planowalismy pierwotnie spedzic rowniez w Dali, chcielismy wjechac na pobliskie gory i zobaczyc kilka swiatyn. Pogoda byla jednak kiepska, pojechalismy wiec do Lijang, zatrzymujac sie po drodze w Jiangchuan.

a w tle psychol :)

Jiangchuan, to takie proste urokliwe miasteczko, z podobnym do Dali pod wzgeldem architektury starym miastem. Roznica jest jednak znaczna. Jiangchuan jest jeszcze turystycznie nieodkryty, jest wiec troche bardziej zaniedbany, ale i duzo spokojniejszy. Spacerowalismy po uliczkach, poszlismy do parku z piekna pagoda, gdzie odkrylismy ogorod pelen dalijeka - ulubionych kwiatkow mojego dziadka Seniora. Poczulam sie prawie jak w domu :P

Na na koniec dnia zjedlismy w lokalnej przydroznej kanjpce, gdzie dogadalismy sie jak zwykle na migi, wskazujac kucharzowi co chcielibysmy zeby nasze danie zawieralo. Dostalismy ryz, z przeroznie zasmazonymi warzywami. Bylo pyszne i tanie! Jak dotad nasz najlepszy obiad!W Jiangchuan mielismy tez nasz najbardziej burzujski hotel :P Taki chinski luksus, niby elegancki, ale jedna wielka niedorobka, odpadajacy prysznic, niedoklejona glazura, roklejajcy sie telefon itp. Strach czegokolwiek dotknac.

goraco w LiJiang

Lijang to druga obok Dali najwieksza atrakcja turystyczna Yunanu. Zamieszkuje ją mniejszość etniczna - Naxi, nieco mniej kolorowa niż wspomniana wcześniej Bai. Stare miasto jest naprawde przepiękne, sporo większe niż Dali, duże więcej małych krętych uliczek, gdzie niegdze kanały i wybrukowane mostki. Wszystko to delikatnie wspina sie na pobliskie wzgórze, niektóre uliczki są więc pięknie pochylone.  Historia Lijiang ma ponad 800 lat. Powstało ono na szlaku herbacianym, ktory w duzej mierze kontrolowalo. Juz kilkaset lat temu slynelo ze swojej wyrozniajacej sie architektury. Wiele osob zwrocilo na nia uwage w 1996, kiedy to rejon naiwedzilo bardzo silne trzesienie ziemi. Okazalo sie ze domy Naxi, sa duzo bardziej odporne na wstrzasy, wladze Chin postanowily zainwestowac miliony yunaow w jego odbudowe i promocje. I tu zaczyna sie problem. Miasto jest naprawde piekne, ale zalewa je taaaaakaaaa maaaaasa tursytow chinskich, ze ciezko znalezc spokojny kat. Waskie uliczki staja sie takie ciasne, ze ciezko przez nie przejsc (tym bardziej ze kazda Chinka spaceruje z parasolem), nie mowiac juz o tym ze ciezko znalezc dom, w ktorym parter nie bylby sklepem, a poddasze hotelem. Po calym dniu spacerowania bylismy niezle tym tlumem zmeczeni, stwierdzilismy wiec ze nastepnego dnia uciekamy na treckking w Wawozie Skaczacego Tygrysa. Z planu jednak nic nie wyszlo. Na ulicy spotaklismy Polakow (tych samych co w Dali), i jak tak gadalismy sobie w szostke, napatoczyla sie dwojka jeszcze innych Polakow. Byl wieczor, dobra okazja do piwka i wymiany wrazen. Skonczylo sie tak ze na stole wyladowala nasza pyszna nowozelandzka wodka o smaku kiwi - 42Below, piweczka i soki. Poszlismy spac w super humorach przed druga i na autobus nie wstalismy. Ale budziki dzwonily!

Yunnan

Co zrobic z tak pieknie pozno rozpoczetym dniem? Jedziemy do ShangriLa - miejscowosci za wawozem, polozej juz na Wyzynie Tybetanskiej (3300mnpm). Dojechalismy tam wieczorem. Poszlismy wiec przejsc sie po starowce i zjesc lokalne mieso z Yaka (nie potrafie byc wegetrianinem - bylo PYSZNE). Mialam spore problemy z zasnieciem, rzadkie powietrze dalo o sobie znac :) Nastepnego dnia mielismy plan zobaczyc okoliczne tybetanskie wioski i najwzniejsza w tym rejonie tybetanska swiatynie, skonczylo sie na swiatyni. Przyczyna - pogoda. Zaczelo straszliwie padac, na motorze po prostu nie dalo sie jechac. Na tej wysokosci jest juz niezle zimno, deszcz byl wiec mrozacy. BRRRR.. Tybet nie jest nam dany niestety i tym razem, do trzech razy sztuka. Pocieszeniem byla swiatynia, a wlasciwie kompleks swiatyn, kilka buddyjskich collegow, przepieknie! Cala miejscowosc byla zamnieta razym z Tybetem do konca czerwca (przez zamieszki), mamy wiec szczescie ze chociaz ten skrawek Tybetu udalo sie nam cokolwiek liznac.

co za kolor

Tym sam nadeszlo dzisiaj. Wczoraj wieczorem dotarlismy do wawozu. Znalezlismy mily guesthouse i wszystko byloby super gdyby nie jeden drobny problemik - brak kasy. W Shangrila Machncjuszowe czeki nie zadzialaly, bo sa w euro, nasze dolary sa ciagle nie do wymienienia, bankomatu brak, a za wejscie do wawozu musielismy zaplacic 75RMB. Wyliczylismy ze na powrotdo Lijiang jeszcze mamy, powinno tez nam wystarczyc na wode na szlak i kilka ciastek. Damy rade. Bylo lepiej niz myslelismy :) Wlascicielka hostelu sie nad nami zlitowala i dostalismy miske ryzu :) a dzisiaj zagadala z kierowca coby pozwolil nam zaplacic za transport po wizycie w bankomacie; pieniadze na transport wydalismy wiec na znakomite sniadanie i delikatny obiad po powrocie z wawozu. Sam dzisiejszy spacer byl prawdziwie przedni!! Szlismy glownie waska zablocona sciezka w kierunku szczytu (2670mnpm), po czym ta sama droga w dol. Po drodze minelismy mala wioske i kilka chatek, widoki na wawoz powalajace! Tiger Leaping Gorge (Wawoz Skaczasego Tygrysa) to jeden z najwiekszych wawozow na swiecie. Jangcy wcina sie w gigantyczne gory (ponad 5000mnpm), tworzac bardzo spektakularny 20 kilometrowy wawoz. Bylo ciezko, brak kondycji dawal szczegolnie mi o sobie znac, ale kryzys przezwyciezylam! Bylo baaardzo warto. Szkoda tylko troche ze nie moglismy przejsc go calego. Potrzeba na to dwoch dni, a nas gonila potrzeba odwiedzenia bankomatu. Na drugi nocleg gotowki najzwyczajniej w swiecie nie mielismy.

Od jutra zjezdzamy na poludnie odwiedzajac jeszcze po drodze jedna dolinke. Gdzie dokaldnie na poludnie pojedziemy jeszcze dokladnie nie wiemy, wszystko jednak wskazuje na to ze naszym kolejnym krajem bedzie Laos.

Północny Yunnan

Buzka wielka

M&M

P.S. Bardzo Bardzo dziękujemy za komentarze! Kazdemu z osobna! Teresie i Alfonsowi podziekujemy na ich blogu, inaczej nie zrozumieja, kochani i tak wytrwale sledza! 

Tagi: Chiny
18:37, segdovska
Link Komentarze (2) »
piątek, 01 sierpnia 2008

na tle sciany

Nareszcie! Od wczoraj po 5godzinnej jezdzie autobusem po kolejnej nowowybudowanej autstradzie jestesmy w pieknym Dali. Dali to stare miasto, pelne pieknych malych uliczek, starych budyneczkow, czesto z trawa na dachu, pieknie zawinietymi dachami, bialymi scianami. Gdzieniegdzie wystaje mala swiatynia, czesciej niz czasami sklep z lokalnymi wyrobami. Uroczo! Nie architektura stanowi jednak przede wszystkim o jego uroku a ludzie. Yunnan jest domem dla ponad polowy mniejszosci etnicznych Chin i tak na przyklad w Dali mieszkaja ludzie nazywani Bai. Zamieszkuja oni ten region od ponad 3000 lat, mieli tu kiedys nawet swoje krolestwo, stad wplyw ich kultury na miejsce, atmosfere, architekture ogromny.

breloczki

Samo Dali az taaak sielankowe jednak nie jest. Dlaczego? Jest zalewane codziennie przez tysiace turystow. Chinskich turystow. Z jednej strony dla nas to ciekawe, obserwowac jak Chinczycy podrozuja, jak zachowuja sie jako turysci. Z drugiej strony ich masa i lapanie kazdej przynety w stylu photka z owca z rogami za 10yuanow bardzo psuje charakter miejsca. Wczoraj spacerowalismy po Dali. Mnie kusily sklepy, Machencjusz motor poszedl zalatwiac. Wspolnie poszlismy na targ warzywny, zobaczylismy Dali noca. Targ byl swietny, asortyment szeroki, glownie warzwyno-owocowy. I tak chodzilismy wsrod straganow z rybami kapanymi w szamponie, z zabami w w siatkach, z swiezo zabitym mieskiem, pijawkami i soczystymi owocami. Chinscy turysci na ten targ nie docieraja, bylo wiec bardzo autentycznie. Tak nam sie spodobalo, ze postanowilismy dzisiaj opuscic Dali w poszukiwaniu autentycznosci. 

 


Yoshua

W Chinach turystom na motorach jezdzic nie wolno, ale w Dali zrobili wyjatek o czym powiedziala nam para poznanych Polakow (Kasia jest z esgiehu:))). Machencjusz motor zalatwil i z samego rana wybralismy sie na wycieczke dookola pobliskiego jeziora. CO ZA DZIEN!!! Zaczelo sie od targu. Codziennie w innej miejscowosci zbiera sie lokalny targ, na ktorym mozna kupic doslownie wszystko. Pojechalismy wiec do Yoshuo. Co tam sie dzialo! Riksze, rowery, samorobki samochodowe przeciskaly sie przez tlum kupujacych. Nasz motor tez! Ludzie - lokalni Bai i troche muzulmanskich Hui. Wiekszosc kobiet ubranych w piekne kolorowe stroje, kazda z wiklinowym koszem na plecach. Wielkie zamieszanie, targowanie, przeciskanie! Bylismy absolutnie jedynymi turystami, nikt na nas nie zwracal uwagi, zajety dzwiganiem albo negocjowaniem ceny, moglismy robic zdjec do woli! Byly owoce i warzywa, wszelkiego rodzaju zywy drob, kosze, garnki, slodycze, miedzystraganowe restauracje, sery, miody, tradycyjne ubrania. Nie moglismy sie napatrzec. I tu odnosnik do tytulu. Sposob w jakim przechowuja ryby (w pieniacym sie straszliwie czyms) i mieso (myjac szmata ze sciekow) sprawia ze poraz pierwszy w zyciu nie moge myslec i miesie. Mam nadzieje ze do powrotu mi przejdzie :P

rybacy

 

Po targu pojechalismy dalej. Jezioro, wioska, jezioro, miasteczko z budynkami ludzi Bai, z ich sklepikami, z ich codziennym zyciem. My i oni. Powolna obserwacja. Jak lowia ryby, jak sprzataja na podworkach, ktore maja ogrodzone wielkimi murami; jak sie targuja, graja w Mahjong, Trafilismy nawet na modlitwy w swiatyni. To bylo cos! Ok 20 kobiet, na malych siedzonkach, kazda z dzwoneczkiem albo dwoma patyczkami. Wszystkie rytmicznie grajajce i spiewajace, cos niesamowitego. Do tego jedna babcia skladajaca origami, druga je palaca, trzecia, drewienka robiaca, czwarta kadzidla podkladajaca, nie chialo sie wychodzic, czysta mistyka!

Kolejna wioska, kolejne polowy, kolejne suszenie mikrorybek na sieciach na drogach. Zupelnie nie wiedzielismy kiedy uplynelo nam tyyyle czasu. Zaczelsimy wiec pedzic szybciej, coby wrocic przed zachodem do Dali. Po drodze byl jeszcze deszczyk, nam wyposazonych w peleryny i nepalskie monsunowo-motorowe doswiadczenie niestraszny, i zatrzymanie przez policjanta, ktory tak sie zdziwil ze zoabczyl Europejczykow na motorze, ze az nas puscil. 

Padnieci, pelni wrazen, kladziemy sie spac. Jutro bedzie tez pieknie, na pewno, musi byc, bo Yunnan jest piekny! Musimy miec sile:P

Tu zobaczycie w obrazkach jak pieknie bylo:

Dali i okolice

Pozdro

M&M

Tagi: Chiny
19:07, segdovska
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2

Wyświetl większą mapę Locations of visitors to this page