Plan jest taki: Chomik bedzie studiowac na Antypodach, Pelikan opoznia sobie studenckie czasy i jedzie cieszyc sie wolnoscia.

Wpisy z tagiem: laos

piątek, 05 września 2008

(w czasie wybierania zdjec do tego wpisu przez przypadek odlaczylismy nasz dysk na ktorym przechowywalismy wszystkie zdjecia i nie dziala poprawnie- prawdopodobnie sprobujemy naprawic go po powrocie do Polski, wiec ten wpis bez zdjec - a szkoda wielka)

Motor sprzedany, bilet kupiony, relacja napisana. W droge! Laos byl przepiekny, roznorodny (gorzysta i bardziej zacofana polnoc i bardziej plaskie a i rozwiniete poludnie), dziki, ludzie przyjazni, prosci, otwarci, skromni. Z internetem i nalesnikami w miasteczkach turystycznych i bez pradu ani cieplej wody na wsiach poza glownymi szlakami. Za to z ryzem. Mielismy bardzo pozytywne wrazenie o Laosie i bedziemy na pewno dlugo go wspominali.

Cieszylismy sie jednak bardzo na Wietnam. Slyszelismy, ze jest to inny swiat. Z naciagaczami, oszukancami itd. Ale po 3 tygodniach w Laosie cieszylo nas perspektywa odmiany. Podobnie po 3 tygodniach Wietnamu cieszylibysmy sie na wizyte w Laosie. Slyszelismy wiec wiele o Wietnamie: niektorzy sie zakochiwali, inni opuszczali Wietnam tydzien przed planowanym wylotem dokupiona biznes klasa. Ciekawe.

W biurze sprzedazy biletow zanim zaplacilismy grzeczny pan sprzedawca staral sie wyjasnic, ze nie jest to VIP bus (w Laosie mowi sie tak na najlepsze autobusy uzywane przez turystow zagranicznych) i pokazal zdjecia z zewnatrz (pierwsza klasa Laotanska) i z wewnatrz (worki z ryzem wypelniajace przejscie). Usmiechnelismy sie z lekka (zapowiada sie ciekawie, ale co to dla nas).

Wsiadamy do autobusu i rzeczywiscie worki z ryzem zupelnie jak ze zdjecia. Autobus od polowy ma zaciagniete zaslonki w oknach, ktore dodaja prywatnosci przewoznikowi. Nasze plecaki wedruja do srodka na jedno z siedzen, my zostajemy z samego przodu. Worki ryzu w nogach, od podlogi po poziom siedzenia, tak ze tworza jedna rowna przestrzen. Przed nami jazda od 18tej do planowanej 11tej rano z podkurcznonymi nogami. Damy rade. 

Okazuje sie, ze przewoz osob to przykrywka do prawdziwej dzialalnosci przedsiebiorstwa. Oprocz nas jedzie jeszcze jeden Japonczyk a do tego moze 5tka osob (Laotanczykow czy tez Wietnamczykow) i 4 osoby zalogi: kierowca (przede wszystkim operator klaksonu), dwoch pomagierow i krolowa matka (od spraw formalno prawnych). Zanim wyjechalismy, zaszlo juz slonce, wiec wiecej Laosu juz nie widzielismy. Wrocilismy sie wzdluz Mekongu i granicy z Tajlandia ok 200 km na polnoc do Savannaketh, i tam wskoczylismy na glowna os Wietnam Tajlandia w kierunku najruchliwszego przejscia granicznego w Lao Bao. Towarzyszyly nam teledyski pary wietnamskich spiewakow: rzewne te piosenki niesamowicie, wszystko na jedno kopyto, a w teledyskach piosenkarze co ujecie maja inne ciuchy na sobie. Madziula opowiadala mi potem, bo mi sie przysnelo, ze pod kazde wzniesienie, o ile nie dalismy rade pokonac je z rozpedu, wleklismy sie niemozebnie, za to potem w dol pedzilismy jak bobslejem po torze. Pare razy budzilem sie w takim momentach, ze zgroza myslac o tym co by bylo jakby tak nagle spotkac krowe na drodze (Laotanskie krowy to uwielbiaja). Na szczescie pedzac przez puste wsie natrafilismy tylko na zwinietego w klebek psa (albo koze czy cos tego formatu, nie sposob bylo rozpoznac), ktory nie machnal nawet ogonem, za to zniknal nam pod podwoziem i do tej pory zastanawiam sie czy ten obciazony autobus mial wystarczajaco wysoki przeswit. 

Na granice dojechalismy juz kolo 2giej w nocy, zgaszony zostal silnik.  Ulica w tym miejscu, 400 metrow od przejscia granicznego, otoczona byla punktami gastronomicznymi, noclegowymi i siedzibami firm handlowych (wszystkie nazwy ich zawieraly angielskie slowko trading). Lokalsi wiedzieli oczywiscie co nas czeka, my nie zabardzo. Bo towarzystwo jakos dziwnie sie rozlazlo: kilka osob poszlo jesc zupe, kilka szykuje sie w autobusie do snu, Japonczyk siedzi na krawezniku, a od nas jakis czlowiek chce paszportow. Nie dziwi nas, ze jedna osoba zbiera paszportow innych osob i idzie przybic pieczatki wyjazdowe, ale nie mialem ochoty wreczac moj paszport jakiemus obcemu. Raz ze jednak to ryzyko, dwa ze ja w moim paszporcie tymczasowym mam juz tylko jedna wolna strone (z przeznaczeniem na wize tajska),a pozostale pieczatki  musze poupychac na reszcie, w duzej mierze juz wypelnionych stron. Wiec nie chce. Ale wszyscy daja a koles natarczywy. Wiec tlumacze, zeby nic tu a tu nie przybijali. Ok. Koles jednak mowi, ze od kazdego z nas jeszcze 3 dolary. No, tego to ja nie lubie. Slyszelismy juz o tym, ze celnicy w tych krajach czesto po prostu nie wbijaja pieczatek jesli im sie nie zaplaci drobnej oplaty. Odmowilismy, podobnie jak Japonczyk. Ale koles nie mowiacy po angielsku nic poza "three dolar" nie ustepowal. My za to doszlismy do wniosku ze czas spac: przejscie zamkniete do 7dmej rano. Czyli mamy 4 godziny przed soba, warto polozyc glowe. Ale w miedzy czasie wszystkie gospody i hotele zamkneli. W jednej otwartej restauracji wskazali nam schodki, na gorze na ziemi spali ludzie, my polozylismy sie kolo nich, przykrylismy jakas posciela i zasnelismy. 

Spodziewalismy sie, ze po szostej zaczna sie przygotowania do przekroczenia granicy. I rzeczywiscie, miasteczko zyje. Koles od paszportow przychodzi z pekiem paszportow, w ktore sa powsadzane rownowartosci 3 dolarow (wietnamskie dongi, laotanskie kipy, a nawet tajskie baty). Japonczyk dal, i my dalismy z zacisnietymi wargami. Nie podoba nam sie to, ale na granicy nie chcemy zostac. Idziemy w kierunku auobusu, ale autobusu nie ma. Widzimy, ze stoi kilkaset metrow dalej, ale w zwrocony w przeciwnym kierunku. Hm. Idziemy. Drzwi do autobusu zamkniete, zastawione specjalnie jakimis paczkami, zeby nie bylo widac co sie wyrabia. Widzimy jednak po chwili, ze w srodku buszuje Krolowa Matka i jeden z pomagierow. Po dluzszej chwili drzwi sie otwieraja i donoszone sa kolejne paczki. Siodma sie zbliza, autobus w koncu gotowy, bo kierowca odpala silnik, odjezdza aby zawrocic i podjezdza pod pasazerow. Nie tak szybko. Jakies cztery metry szescienne paczek, ktore staly sobie na poboczu drogi, a ktore nie zwrocily mojej uwagi, rowniez musza do autobusu. Krolowa Matka angazuje wszystkich wokol (wysoki Japonczyk laduje paczki przez okno), my stoimy i robimy zdjecia. Wreszcie gotowy, parenascie po siodmej. Tylko ze wewnatrz nie zabardzo zostalo miejsca dla pasazerow. Gniezdzimy sie wszyscy tuz kolo kierowcy, na schodkach i na miejscu pilota, i jestem bardzo ciekawy jak nas przywitaja celnicy wietnamscy. Przejsc jednak granice musimy sami. Zegnamy laotanskich celnikow (my juz pieczatki mamy) i idziemy do wietnamskich. Tutaj udaje sie nawet wbic pieczatki tam gdzie trzeba, wypelniamy deklaracje wjazdowe i jestesmy w Wietnamie. Nasz autubosuowy najdluzej trzymali, ale w koncu zapakowalismy sie i pojechalismy kolejne 500 metrow, na ktorym juz troche paczek opuscilo nasz pojazd. 15 minut drogi od przejscia granicznego wjechalismy w boczna ulice. Rozladunek. Otworzyly sie skrzydla bagaznikow, pomagierzy i kierowca zakasali rekawy i dawaj wyrzucac worki z ryzem. Przyjmujaca specjalnym przyrzadem nakluwala kazdy worek z osobna zeby wziac probe ryzu, co kilka workow skarzac sie Krolowej Matce. Madziula poszla spac, a ja na internet (ta kafejka spadla z nieba). Rozladowywanie trwalo jednak baaardzo dlugo, tak ze Madziula zdazyla sie przebudzic, a ja zglodniec, wiec poszlismy szukac czegos do jedzenia. W knajpce dostalismy zupe, ktora okazala sie byc przepyszna, a my sobie przypomnielismny ze mozna jesc nie tylko z glodu ale i dla przyjemnosci. Wrocilismy na internet az w koncu autobus zatrabil na nas i ruszylismy w dalsza podroz (2 h na granicy, 3 rozladowywania).  Celem bylo Hue, miasto lezace juz nad Morzem, jedna z perelek Wietnamu. Po kilku zatrzymaniach przez Policje (Krolowa Matka po kazdym razie odliczala sobie ze 3 dolary na kolejne spotkanie), udalo nam sie zjechac z granicznych gor, dolaczyc do drogi polnoc poludnie Hanoi - Saigon, ktora doprowadzila nas do Hue. Od razu rzucilo sie w oczy kilka kwestii. Poza trabieniem (ale to takie traby krytyczne) rzucilo nam sie w oczy: - wiecej ludzi, zabudowa bez mala ciagla, na dachach czesto dachowka (a nie sloma czy blacha),  wiecej ruchu, wieksze tempo, wiecej kolorow, reklam, itd itp.  I to bezchmurne niebo, duchota i goraco.

W Hue od razu przywitalo nas kilka osob chcacych nas dowiezc. Motocyklisci przekonywali nas, ze bez problemu mozemy wsiasc na motory z naszymi plecoram. 2 motory kosztowalyby nas jednak (po targowaniu z ich strony) tyle co taksowka, wiec jednak wybralismy samochod. Sekundka, jak to taksowka. W Laosie nie bylo taksowek. Byly tuk tuki - czyli motorki i z tylu zadaszona paka z dwoma lawkami wzdluz osi pojazdu. Niezle, niezle. Podjechalismny pod hotel, ale tam akurat 3 hotele obok niego i kazdy ciagnie do swojego. Rozdzielilismy sie i wybralismy na zwiady. Opcja pierwotna wygrala: pokoj z oknem (co nie jest tu czeste(!), bo waskie sa tu budynki a dlugie), lazienka, ciepla woda, lodowka, klimatyzacja, lustrem, telefonem, minibarkiem, szafa etc. i jeszce internetem w pokoju. 7 dolarow za dwie osoby. I nie ma gorzej wyposazonych pokoi. Czyli cena jak w Laosie a jakosc nieporownywalna. Nie to zebysmy my jacys luksusowi byli, ale ciepla woda nie zdazyla nam sie juz od dluzszego czasu, a internetu w zadnym hostelu w Laosie nie bylo. Az sie nie chcialo z pokoju wynosic, na szczescie glod dopomogl.

Po drodze moglismy pomachac dzieciom zebranym na apelu podczas inauguracji roku szkolnego, kupic przewodnik po wietnamie (oczywiscie podrobka, ale oryginalnych po prostu tu nie ma), dokonac rozeznania. Obiadek pyszny, w Hue jedlismy juz tylko w tym miejscu (Mandarin Cafe). Nastepnie ruszylismny w kierunku ogromnej Cytadeli, przechodzac mostem nad Rzeka Perfumowa. Podoba nam sie bardzo. Rikszarze proponuja, kelnerzy proponuja, sprzedawcy wody proponuja. Wszyscy proponuja. Jak w Indiach -nauczylismny sobie dosyc dobrze z tym radzic, wiec poki co jest ok. Acha, angielski. Znaja, rozumieja. Nie jak Hindusi, ale jednak to juz jest etap komunikacji nie porownywalny do Laosu (nie wspominajac o Chinach). Cytadela to wlasciwie miasto otoczone wieloma kilometrami murow, na ksztal kwadratu. Bo w XIX wieku dynastia Nguyenow urzadzila sie w Hue, i stworzyla wewnatrz Cytadeli zakazane miasto na kszalt tego z Pekinu. 

Tego dnia jednak zakazane miasto bylo juz zamkniete, wiec dalismy sie namowic rikszarzowi na godzinna obowzke wokol zakazanego miasta i w inne miejsca cytadeli, z planem dokladnego zwiedzenia nastepnego dnia.

Trafilismy w dziesiatke: 2 wrzesnia 1945 Polnocy Wietnam oglasza niepodleglosc. 63 lata pozniej Pelikanochomik wchodzi do wszystkich atrakcji turystycznych w miescie za darmo. Ale nie sami. Wszyscy dzis (oprocz tych pracujacych w branzy turystycznej) maja wolne i uderzaja do zakazanego miasta i itp. Zakazane miasto, wciaz czesciowo nieodobudowane po wojnie wietnamskiej, podoba sie nam. Zwlaszcza podoba nam sie teatr cesarza, swiatynie. Inne swiatynie. Bardziej chinskie. zupelnie nie podobne do laotanskich. Czerwien, braz, drewno. Cos nowego dla nas, zupelnie nowego. Wraz jednak ze zwiedzaniem dal sie we znaki straszliwy upal. Pilismy jak smoki wawelskie po polknieciu owieczki. 

A na upaly co jest dobre? Motocykl. Bo powietrze sie rusza i jest chlodniej. Jedziemy wiec zwiedzac grobowce cesarzy, ktore sa rozrzucone wokol miasta - jedne wieksze, inne mniejsze, bardziej tradycyjne czy tez nowatorskie (z betonu, juz z dwudziestego wieku). Jeden z cesarzy mial 108 zon i niezliczona liczbe konkubin (za to zadnego dziecka), tak wiec i grobowiec nie wyglada tak jak sobie wyobrazacie (jak odzyskamy zdjecia to tu wstawimy). To cale kompleksy, w ktorych cesarz czesto zyl jeszcze przed smiercia: czyli ze stawem, teatrem itd.

Zobaczylismy jeszcze w Hue jego ikone, ktora jest jedna z wielu pagod. Akurat trafilismy na poczatek modlitwy mnichow i zauwazamy roznice w spiewach w stosunku do innych krajow. Szersza gama uzywanych dzwiekow.W Chinach spiewano bardziej monotonicznie a i rytmicznie.

I to byl juz czas opuszczac to miasto. W kierunku Hoi An - znow pieknego miasta, ktore w oczach turystow jednak jest cenione za inne walory. 

Autobusy sa z Hue do Hoi An dwa = o 8.00 i 14.00. My chcielismy jechac na wieczor, gdzies kolo 17tej. Co tam nam beda mowili ze autobusow nie ma. NIe ma turystycznych, pojedziemy sobie zwyklymi. Ale zwyklych bezposrednich nie ma. Bo Hoi An (70 tys mieszkancow) lezy 30 km za Danangiem (750 tys mieszkancow - czwarte miasto Wietnamu), wiec wystarczy pojechac do tego drugiego (kursy co 15 minut) i sie przesiasc. Proste? Proste. Kierowca mowi ze mamy zaplacic 150 tys dongow. Hm, na autobusie cena napisana 38 tys. Magda leci kupic bilet w Kasie (razem 80 tys.), ja laduje plecaki. Kierowca pokazuje ze za plecaki mamy mu zaplacic 30 tys dongow. Slucham?? Nigdzie nie placilismy nigdy za plecaki, ale w sumie to nowy kraj. Nie mam jednak zludzen, ze po prostu kierowca chce zarobic. Nie ma tak latwo. Wyraznie odmawiam i wsiadamy do autobusu. Autobus pelen, jednak pomiedzy rzedami sa dodatkowe miejsca rozkladane, tak ze przejsc sie nie da w autosubie. No i tak siedzimy sobie gesiego miedzy rzedami i zastanawiam sie: dobrze zamknie ten luk bagazowy, czy moze jednak gdzies w drodze sie "poluzuje". Przychodzi pomagier kierowcy i wystawia reke. Odmawiamy. Wspopasazerowie mowia ze sie placi. Jedziemy piekna droga wzdluz morza, w pewnym momencie gory dochodza do linii wody, wspinamy sie na nie, zjezdamy w dol i zjezdzamy w dol w przedmiescia Danangu. Na dworcu okazuje sie ze ostatni autobus juz odjechal. Czyli mamy dwie opcje: jechac taksowka (lub dwoma motorami) do Hoi An - 30 km, cena 300 tys dongow (czyli az 20 dolcow - za ta cene mozna pojechac autobusem do Hanoi), lub tez znalezc nocleg, wstac rano i pojechac autobusem za 10 tys dongow. Opcja pierwsza jest droga (wiec mi sie nie podoba), opcja druga zawiera element "wstac rano" (wiec nie podoba sie innemu z nas). Co by tu wybrac. W przewodniku pisza ze hotele tu drogie, bo raczej zorientowane na lokalnych biznesmenow, bo turysci spia w Hoi An. Ale widzimy jeden hotelik, na ktory sie decydujemy. Taksowkarz bierze przewodnik, kiwa glowa, jedziemy. I zwnou ta mapka w Lonely Planet. Myslalem ze jestesmy na dworcu oddalonym nieco od morza, do ktorego prowadzi droga wprost obok naszego hotelu. My jednak wyraznie jedziemy wzdluz moza. Jakos daleko ten dworzec od hotelu, bedziemy musieli rano znow dlugo wracac. A jak dodamy jeszcze drogi hotel, to tansza sie okaze opcja pierwsza. Nie dobrze. Takie moje przemyslenia odplywaja kiedy kierowca staje, prosi jeszcze raz o przewodnik i ostentacyjnie puka sie w czolo. Pomylilo mu sie z innym hotelem, pojechal w zla strone. Ale... (i tutaj kierowca by powiedzial ze za to inny hotel, ktory jest w poblizu). Nie ma "ale".Ma zawrocic i zawiezc nas do naszego hotelu. I pewnie kierowca by to nawet zrobil. Tyle ze my poprosilismy o kurs nie za wyznaczona stala oplata (ktora by byla zdziercza), tylko wg licznika. Ha. To teraz zaplacimy za droge powrotna i kurs wlasciwy do hotelu. NIe ma tak. Mowie kolesiowi ze mozemy mu zaplacic 30 tys dongow (a na liczniku juz 40 tys) i nic nas nie obchodzi. Koles sie zaczyna denerwowac i od tej pory traci umiejetnosc angielskiego. Mowie mu w takim razie ze my wysiadamy. Koles zdziwiony i co raz bardziej zdenerwowany, my tez zreszta oczywiscie. My wysiadamy, ale bagaze w bagazniku, ktory nie ma klamki. Wiec nie moge wyjac ich ot tak. Koles sie wscieka, krzyczy, mowi ze mamy mu zaplacic. Grozi policja. To mowie ze niech dzwoni. No to on za telefon i udaje ze numer wybiera.  Ja wypakowuje bagaze zza tylnych foteli, zapominam o wodzie i pomelo ktorego mielismy zjesc wieczorem w Hoi An. Koles idzie do samochodu, wola cos przez radiostacje. Wraca, krzyczy, wymachuje reka. Wyglada na naprawde nieobliczalnego, wiec jestem ostrozny. Glupio zeby o 40 tys dongow (5 zlotych) cokolwiek nam sie stalo. Zakladamy jednak plecaki, olewamy krzyczacego (zebysmy poczekali 10 minut na policje) i wracamy sie. To nie koniec. Taksowkarz wsiada do samochodu, wrzuca wsteczny i jedzie pod prad. Wyskakuje z samochodu, my na chwile stajemy, ale idziemny dalej. Wiec on znow do samochodu. W zasiegu wzroku zadnych hoteli, jak na zlosc. Ale kilkaset metrow wczesniej pamietam ze jakis widzialem. Decydujemy sie przejsc na druga strone ulicy. Trzy pasy w jedna strone, choc to i tak nie ma znaczenia, bo to jakby 15 skuterowych pasow. NIe ma co czekac ze ktos sie zatrzyma. Idziemy powoli, dajac sie zobaczyc i ominac pedzacym skuterom. Idziemy kawalek pasek zieleni i przechodzimy na druga strone. Koles nawraca, i od tej pory jedzie naszym tempem obok nas. Gdzie ten hotel!? Madziula chyba troche przerazona, chce zaplacic kolesiowi. Ale nie, nie damy sie. Pytamy sie ludzi o jakies hotele i wskazuja na hotel wspomniany wczesniej. My jednak nagle zawracamy, przechodzimny na znow na druga strone ulicy, taksowkarz sie gubi.Dochodzimy do hotelu, negocjujemy nieco cene, ale zostajemy. Pokoj bardzo duzy, trzy podwojne lozka. W Hue w sklepie sportowym kupilismy sobie paletki do bedmintona i czas na debiut. Lekko pykamy w pokoju, Madziula okazuje sie byc super partnerem, lotki nawet jak w sciane pukna to huku nie robia. Wiec gramy sobie. Z BBC dowiadujemy sie ze w Tajlandii ludzie protestuja przeciwko rzadowi, zamieszki w Bangkoku, lotnisko nieczynne. Niedobrze, lecimy tam przeciez niedlugo. Ale Bangkok jest tak wielkim lotniskiem ze taka blokada by unieruchomila pol wschodniej polkuli, wiec wierzymy ze wszystko sie rozwinie pomyslnie (premiet ustapi). W okolicznym sklepie kupujemy kilka puszek roznych gatunkow piwek i wodeczke ryzowa, wiec dzien konczy sie udanie. Jutro Hoi An.

Pozdrawiamy serdecznie

Michal i Spiaca

poniedziałek, 01 września 2008

nowi wlasciciele

Madziula zapomniala wczoraj  o kilku kwestiach.

Po pierwsze, po wielu kontaktach, perypetiach, negocjacjach itd udalo sie nam sprzedac motor za jedyne 1,8 miliona kipow (zaplacilismy 4,5 2 tygodnie temu). Motor zarejestrowany jest w prowincji graniczacej z Chinami i nowy wlasciciel bedzie sie tam musial wybrac go przerejestrowac. Poza tym, poludnie Laosu jest duzo bardziej rozwiniete i chinskie motory zupelnie nie sa tu w cenie w przeciwienstwie do tajskich Hond (na polnocy Hond prawie nie bylo bo tak drogie). Mimo wszystko za nic w swiecie nie udaloby sie nam zobaczyc i doznac tyle doswiadczen podrozujac tylko busem.

 Wat Phu

Po drugie, Madziula zapomniala napomknac o Wat Phu Champasak. Jest to najswietsze miejsce w Laosie, do ktorego wybralismy sie dzien po przyjezdzie do Pakse. Kompleks jest rozpadajacy sie i naprawiany przez rozne miedzynarodowe ekipy, za to nawiedzany przez tlumy chinczykow na szpileczkach. Warto sie jednak wspiac na sama gore jesli nie dla samej swiatyni (bo wlasnie sie jedzie z Kambodzy), to dla widoku na Mekong plynacy. Jesli byscie kiedys jechali do swiatyni z Pakse nie jedzcie jak my, jadac mostem (jednym z trzech na Mekongu w Laosie), tylko jedzcie wzdluz Mekongu i na wysokosci swiatyni zlapcie katamarana, czyli dwie lodeczki zlaczone deskami. Co prawda z wielkim niepokojem patrzylem na lodeczki nabierajace wody, jednak oszczedzicie sobie 3 godziny jazdy po bardzo nierownej polnej drodze.

Trzymajcie sie cieplo.

Michal i Madziula

P.S.: Z newsow: jestesmy juz w Wietnamie, wlasnie wypakowuja 5 ton ryzu z autobusu. (a odbiorczyni nakluwa kazdy worek i sprawdza czy dobry i marudzi czasem jak my na ten ryz). O drodze do Wietnamu juz jednak z miejsca docelowego, Hue.

wyladunek ryzu

Tagi: laos
05:25, machy
Link Komentarze (1) »
niedziela, 31 sierpnia 2008

Po Savannakhet planowalismy spacerwoac wiekszosc kolejnego dnia. Rano spedzilismy ponad 4 godziny uploadujac zdjecia i piszac relacje. Zdazylo sie zrobic tak przerazliwie goraco, ze po 30 minutach sie poddalismy. Od kiedy Savannakhet zostal polaczony z Tajlandia mostem przyjazni powstal bardzo ruchliwy szlak handlowy pomiedzy Wietnamem a Tajlandia. Zycie przesunelo sie z centrum miasta na obrzeza. Centrum stalo sie wiec puste i smutne, a pofrancuskie budynki jeszcze bardziej podupadajace. Poszlismy na przedwyjazdowy obiad, coby brzuch Machencjusza napelnic (ja naprawde nie wiem jak on moze w tym upale tyyyle jesc) i szybkie opuszczenie Savannakhetu nie wyszlo. Spotkalismy grupe Polakow, w tym kolejnego studenta esgiehu:) polaly sie koljene piweczka i shaki i tak nam uplynelo do 15. Wiedzielismy juz ze do Pakse nie dojedziemy (250km), probujemy dojechac wiec jak najdalej. Motorydwan zaprzezony i jedziemy. Pola ryzowe, wioseczki, laki. Zajezdzamy na sekunde do drugiego najwazniejszego po Champasaku miejsca kultu religijnego w Laosie. Ladna swiatynka, ale szczeka do ziemi nie opada. Zaczyna sie sciemniac. Ale jedziemy. Chcemy dojechac do maisteczka 80 km od Pakse, tam maja byc guesthousy, Zatrzymujemy sie na kolacje i mrozona kawe. Ciemno juz zupelnie, ale jedziemy dalej, do guesthousu niedaleko. I pewnie daliysmy rade do niego dojechac, Machencuszowi niezle sie prowadzilo, ale... zaczelo sie blyskac. Zaczelo grzmiec. Nasze laotanskie doswiadczenia burzowe mowia nam co bedzie sie zaraz dzialo. I my w zadnym razie nie chcemy byc na zewnatrz w tym czasie. Zawracamy. Jedziemy do porzedniej wioski, tam bylo sporo restauracji,  moze ktos zgodzi sie nas przenocowac. Po drodze pojawia sie pomysly zlapania autobusu i wrzucenia motoru z przyczepka na dach Widzielismy juz niejeden skuter tak podrozujacy, wiec i my chcemy tego doswiadczyc! Autobusu nie ma, ale podjezdza maly samochod dostawczy. Michal zagaduje. Szef mowi swietnie po angielsku, pyta sie kierowcy, czy nie bedzie problemow z policja, kierowca dziwnie sie na niego patrzy, bo przeciez jasne ze nie bedzie. Udaje sie! I to za darmo. Motor jedzie z przyczepka na pickupie. my wygodnie wsrodku, idealnie dwa miejsca wolne. Cala droge rozmawiamy z szefem, ktory okazuje sie byc Filipinczykiem, bedacym na kontrakcie w Laosie. Mowi nam sporo o Filipinach i Laosie, o ludziach, zarobakch, swoich podrozach. A widzial sporo. Firma wysylala juz go do wiekszosci krajow trzecigo swiata i smieje sie ze juz caly trzeci swiat widzial. Laos i Brazylia to jego ulubione kraje. Mili ludzie. A to najwazniejsze. Dojezdzamy do Pakse, przy wjedzie kierowca placi mandat za przejazd przez most na czerwonym swietle (a jednak w tym kraju mandaty sa) i znajdujemy razem z Filipnczykiem naprawde tani hostel.

Na kolejne trzy dni planujemy wycieczke po Bolevan Plateau. Juz nie motorydwanem. Chinska Honda coraz bardziej skrzeczy, lancuch wali o metalowa obudowe i coraz czesciej zastanawiamy sie ile on jeszcze dalej pojedzie. Postanawiamy sprzedac motor i przyczepke i wynajac motor na te trzy dni. Tym razem tajska Honde, czyli oryginalna Honde. Chcemy poczuc roznice :) Machencjusz probuje z ranca sprzedac motorydwan, ale nie jest prosto. Ludzie proponuja maksymalnie 2 miliony kipow. Jest ednal czlowiek, pan Phet, ktory mowi ze postara sie nasz motor w ciagu tych trzech dni sprzedac na wiosce za 3 miliony kipow. Jesli sprzeda za wiecej, reszta dla niego. Taki Machencjuszowy pomysl na zachete. Zastanawiamy sie czy to nie za bardzo ryzykowne posuniecie. Nie znamy czlowieka, a mamy mu nasz motor zostawic. Laotanczycy milymi i bardzo poczciwymi ludzmi sa, a pan Phet to taki typowy Laotanczyk. Znamy jego numer, nazwisko, wiemy dokladnie gdzie mieszka, wiec ryzykujemy. Nie dajemy mu tylko papierow. Udaje sie nam wypozyczyc najprawdziwsza w swiecie Honde za zdzierska kwote 10dolarow za dzien i jedziemy. Ma byc ciekawie. Ma byc inaczej. Bo to jedyny region w kraju w ktorym uprawia sie kawe !

kawa

Pierwszego dnia przez poranne proby sprzedazy motoru wyruszmay pozno i nie zostaje juz nam duzo czasu. Dojezdzamy do Paksongu, po drodze zatrzymujac sie przy pieknym, najwyzszym w Laosie wodospadzie - Tat Fan, gdzie woda spada z ponad 100 metrow. Mozna zejsc na dol, ale sciazka jest tak stroma i sliska, a nasze malo gorskie klapki i sandaly tak sliskie, ze zjezdzamy spuszaczajac sie po konarach do pierwszego punktu widokowego i wracamy. Przy Tat Fan spotykamy poraz kolejny grupe Polakow, ta sama co w Savannakhet. Mozliwe ze spotkamy sie wieczorem. Zatrzymujemy sie na kawke, ma byc swiezo prazona. I jest, przez Holendra mieszkajacego od trzech lat w Azji SE, ktory mowi po POLSKU! I to jak! Jego tata byl wywieziony w czasie wojny do pracy, pracowal z Polakami, z wieloma sie zaprzyjaznil, nauczyl jezyka i od tej pory wielokrotnie do Polski przyjezdzal, zabieral tam tez z soba dzieci. Dzieci tez sie w Polsce zakochaly, nasz Holender wiele lat planowal przeprowadzke do Krakowa, ale stwierdzil ze Polska za droga sie robi i przyjechal do Azji. Niezle tak pogadac z Holendrem po polsku przy swiezo prazonej kawie, laotanskiej kawie, ktora podobno jest w czolowce najlepszych kaw swiata. W restauracji na kolacji spotykamy ZNOWU (:P - to do WAS) "naszych" Polakow. Jedzenie mocno srednie, ale przy tym glodzie jakosci jedzenia sie nie ocenia. Piwka sie leja, atmosfera rozkreca. Po 7, po 22 jedziemy szukac guesthousu. Troche pozno, o tej porze wszyscy w Laosie juz spia. Znajdujemy, calkiem przyjemny, w duzym drewnianym budynku, pusto. Drzwi otwarte a w recepcji nikogo nie ma. Otwieramy pokoje, w niektorych ktos spi, ale udaje sie nam znalezc trzy puste, czyli kazdy ma gdzie spac. W miedzyczasie ktos sie pojawia w recepcji, mamy jak zaplacic :) ak przednio rozpoczetego wieczoru, nie mozna skonczyc tak po prostu idac spac. Lao-piwka wiecej trzeba! Pelikan, Marcin i Piotrek jada szukac Beerlao, zahaczaja o lokalna imprezownie, gdzie robia furore, i wracaja z piweczkami. I tak mija nam wieczor, Ola zasypia, a my popijamy jedno za drugim i jest co tu duzo mowic - fajnie:)

Tagi: laos
12:07, segdovska
Link Komentarze (1) »

 

Poranek jest nieco ciezszy niz zazwyczaj, ale i tak udaje sie nam wstac (bez BUDZIKA) okolo 8. Na sniadaniu ZNOWU spotykamy sie w jednej knajpie i rozdzielamy sie. Oni jada robic treckking kolo wodospadu, a my przed 71 kilometrowa droge z plantacjami kawy i pod koniec parkiem narodowym jedziemy do Sekongu. Slonce pieknie swieci, Honda plynnie pokonuje wszystkie dolu i nic, absolutnie nic, nie zapowiada tego, co sie dzisiaj wydarzy, A sie wydarzy. Podoba nam sie. W wioskach dzieci z zaciekawieniem wybiegaja na ulice. W kazdym ogrodku rosnie kawa.Duzo kwiato, mnostwo motyli, taaakich kolorowych, pieknych. Bardzo nam sie podoba. Naprawde jest inaczej. Chlodniej i bardziej kolorowo, juz nie tylko zielono. Po przejechniu ok 20 kilometrow slyszymy za naszymi plecami grzmoty. Nadchodzi straszliwie ciemna burza. Wszystko wyglada jednak na to ze damy rade jej uciec. Musimy tylko zwawo jechac. Tymczasem lapiemy na tylnim kole gume. Mechanika nie ma, jestesmy w malutkiej wiosce. Zatrzymujemy pierwszy przejezdzajacy motor i prosimy o pomoc. Koles mowi ze pomoze, pojedzie swoim motorem po latke i gospodarz ktory nas przygarnia daje Machencjuszowi do reki narzedzia. Latwo nie jest, ale Machencjusz daje sobie po malu rade. Po kilkunastu minutach przyjezdza syn gospodarza, ktory widac ze ma wprawe, pomaga nakleic latke. A latki maja niezle. Takie z materialem ktory sie podpala, co rozgrzewa gume i latke i zakleja dziure. Placimy synowi i odjezdzamy. Niezle. Przez 2200km na naszym Chinczyku nic nie stalo sie z  motorem, zadnej awarii, tu, na polnej drodze pierwsza guma. Jedziemy dalej. Przejezdzamy moze 5 km, cichy huk, brak stabilnosci w tylnym kole. Lapiemy gume poraz drugi. I znowu zajezdzamy motorem do lokalnej chatki. Zbiega sie pol wioski, znajduje sie ktos kto umie to zrobic, ktos leci po narzedzia, ktos zdejmuje opone. Burza coraz blizej, wiec powtarzamy sobie - nie jest tak zle - przynajmniej mamy gdzie burze przeczekac :) Machencjusz znajduje przyczyne. Wbil sie gwozdz, ktorego poprzednio syn gospodarza nie zauwazyl i ktory przebil opone i drugim razem. Mechanicy tak szybko uwiaja sie z opona, ze burza nawet nie zdaza nadejsc. Uciekamy wiec przed nia dalej. 2km - cichy huk, brak stabilnosci w tylnim kole. Guma poraz trzeci. No coz, przestaje byc to smieszne, perspektywa Sekongu coraz bardziej sie oddala, a my jestesmy wsrodku pola i tym razem nie ma kto nam pomoc. Zaczynamy wiec isc i prowadzic motor. Szybko udaje sie znalezc kolejnego speca i znowu podworko, cala wioska obserwatorow, patrzace sie z przerazonym zaciekawieniem dzieci. Gospodarz czestuje nas laotanska ryzowa wodeczka - Laolao, ktos leci po narzedzia, ktos zabiera sie za odkrecanie kola. Kobitki popalaja zawiniete w lisc bananowca COS, mezczyzni racze sie wodeczka, a my czekamy i ciagle mamy nadzieje ze przed burza uciekniemy. Diagnoza - zle naklejona poprzednio latka, trzeba kupic nowa detke. Detka chinska kupiona i zamontowana, ale ze chinska wytrzymuje uwaga uwaga 5 kilometrow!!!!!!!!! Peka na zlaczu. Poraz czwarty. W ololicy nie ma nikogo, pchamy motor pod gore. Przychodzi nam do glowy jedno pytanie - czy ten pech nie ma konca...??I jeszcze jedno - gdzie jakas wioska....? Po ok 30 minutach znajdujemy wioske, znajdujemy speca, ktory nigdy tego nie robil ale checi ma. I znowu cala wioska ma widowisko, dzieci popalaja bananowo-lisciowe-COS, robimy foteczki i czekamy. I mamy juz tylko jedna nadzieje, ze to byl naprawde ostatni raz. Zaczyna sie sciemniac. Piekny zachod slonca. Jedziemy bardzo powoli uwazajac na kazdy kamyczek. I nie udaje sie nam przejechac wiecej niz 5 km. To byl ten moment kiedy czlowiek juz nie ma sily sie zloscic, kiedy nie wierzy w to co sie dziej, kiedy marzy o jednym - pozbyc sie tej dwukolowej kuli u nogi i znalezc sie w cieplym lozku z ciepla woda w kranie. Slonce zachodzi, robi sie ciemno, a my idziemy. Idziemy szukac koljenj wioski, tym razem nie po to zeby motor naprawic, tylko zeby miec gdzie noc spedzic. Do glownej drogi mamy okolo 30 kilometrow, to conajmniej 6-7h marszu. po dzungli, ciemnej dzungli, w ktorej nie widac wlasnych stop, ktorej nie znamy, w ktorej zyja tygrysy, niedzwiedzie, leopardy. Machencjusz prowadzi motor, ulamana stopka co chwile uderza go w noge. Silnik mamy wlaczony - nie mamy latarki, potrzebujemy swiatla. Liczymy poza tym na to ze dzwiek silnika odstraszy potencjalnego atakujacego. Milczymy. Nie mamy sily mowic, bo o czym...? O tym ze sie oboje boimy...? To nie pomaga, sprawia ze strach nie ustepuje, a poteguje sie jeszcze bardziej. Latwiej samemu walczyc ze swirujaca wyobraznia, latwiej samemu zabijac wyobraznie. To byl ten moment, w ktorym oboje marzylismy i jakiejs maszynie do przenoszenia w czasie, kiedy marzyslismy o niemysleniu. Cykady dra sie niesamowicie, co chwile cos straasznie zaszelesci w krzakach, kazdy swietlik to potancjalnie swiecace sie kocie oczy. Idziemy. Ja rycze i ide, Machencjusz dalej prowadzi motor, ma juz krwiaka od pedalu i spora rane. Nie mamy picia ani jedzenia, ostatni nasz posilek to sniadanie, ostatni napoj - woda ok 13. Michal postanawia ze jedziemy, na feldze, byle szybciej do celu. Jedzie sie ciezko, 10km/h, zawsze troche szybciej. Nie widzimy wszystkich kamieni, wielokrotnie ratujemy sie przed upadkiem nogami. Tylna opona nie ma przyczepnosci, slizga sie na feldze, jedziemy od prawej do lewej stronie. Naprawde nie wiem jak Machencjusz daje sobie rade. Co jakis czas schodze z motoru zeby Michalowi latwiej bylo przeprawic sie przez bloto. Zamiast isc kaluza, wybieram niby sucha droge. Zapadam sie w bloto, nie moge wyjac nog i placze. Dalej jedziemy. Mija druga godzina, jak sie uda dalej tak jechac mamy jeszcze ze 3. Dojezdzamy do mostku i zauwazamy ogien, a ogien to ludzie. Ktos tu mieszka, ktos tu jest!!!!!! W malej chatce zamaskowanej w drzewach siedzi 3 mezczyzn. NIGDY bysmy ich nie zauwazyli, gdyby nie ogien. W tej ciemnosci nie widac nic, zupelnie nic.Pokazujemy motor i na migi balagamy zeby nie kazali nam jechac dalej, zeby pozwolili sie przespac, pod dachem, z jakims czlowiekiem. Zaczynaja przy pochodniach reperowac motor. Nie moga zdjac kola, detka wryla sie w felge przez nasza jazde. Prosimy ich zeby nie robili tego teraz, ze jutro, ze my nigdzie nie chcemy sie teraz ruszac. A oni wyciagaja detke ze swojego starego motoru, wkladaja do naszego i kolo jest, kreci sie, napompowane, dziala. Pozwalaja nam zostac. Czujemy sie spokojni, pojawia sie usmiech. Idziemy sie myc. Do rzeki, przez trawy, przy swietle bambusowych pochodni. Dookola gory, nad nami tysiace gwiazd, w oddali sie blyska. Woda rzezka, czysta, jest milo, bezpiecznie, pieknie. Bardzo pieknie. Gospodarz robi nam lozko , na drewnianych deskach, pod dachem, bez scian. Dostajemy nawet moskitiere i kubek herbaty do picia. Zasypiamy, a przynajmniej probujemy, jest milo, ale mimo wszystko to dzungla. Odglos wodospadu zaglusza odglosy dzungli. To dobrze. Wyobraznia usypia sie. W nocy budza nas kroki i swiatla latarki. Do chatki podchodzi dwoch mezczyzn. Slyszymy probe zapalenia silnika, silnik odpala. Kradna nasz MOTOR.........??? Machencjuszu!!!!! M: Nie to nie nasz, nasz stoi w innym miejscu. Koniec naszego pecha?? Budzimy sie jak inni - przed wschodem slonca. 5:30. Dzieci bawia sie na podworku, babeczka zamiata ganek. Dziekujemy jak tylko najbardziej potrafimy i odjezdzamy. Pieknie jest, gesty zielony las, nie zatrzymujemy sie, chcemy jak najszybciej do glownej drogi. po ok 18 km slyszymy cichy huk, tylne kolo traci przyczepnosc..... Lapiemy gume - poraz SZOSTY. I znowu prowadzimy motor. Szybko dochodzimy do glownej drogi, po maks 30 minutach. Znajdujemy mimo 6 rano warsztat, zmianiamy detke i opone. Wydajemy kolejne 10 dolarow, w sumie juz ponad 30.Koniec??? Uda nam sie wrocic do Pakse? Pokonujemy kolejne kilometry, motor jedzie dobrze, troche kierwonica sie skrzywila, ale daje rade. Jemy baaaaaaardzo obfite sniadanie, nie jest najlepsze, znowu ten cholerny ryz, ale i tak smakuje niesamowicie!

 

Po drodze spotykamy - POLAKOW, naszych Polakow, krotka wymiana wrazen, Marcin opatruje rany, bo wlasnie sie wywalil na zwirku. Dalej jedziemy juz razem. Nie chcemy juz osobno. Zatrzymujemy sie pod wodospadami,trzema. Nie sa tak okazale jak Tat Fan, ale przyjemne dla oka. Najbardziej podoba nam sie trzeci, do ktorego prowadza nas dzieci z lokalnej wioski - najpierw przez bambusy, pozniej po wielkich glazach. Wodospadu wlasciwie nie ma, pozostala po nim mala strozka wody, wszystko przez pobliska elektrownie. Ale to nic. Nawet fajnie ze tej wody nie ma. Mozemy dzieki temu podejsc bardzo blisko, przyjrzec sie, co woda robi ze skalami, jak je niesamowicie formuje. Pelikan bawi sie z dziecmi skaczac z nimi ze skal do wody. Mamy radoche!!!!!!! Jak pieknie, jak relaksujaco! Pozniej jedziemy jeszcze zobaczyc wodospad od gory. Mozna podejsc do samej krawedzi. Co za wrazenie, co za perspektywa. PIEKNIE!!!!!!!!!!

Na ostatnie 85km sie rozdzielamy, oni sa glodni, my chcemy byc za widoku w Pakse, zeby dowiedziec sie o austobus do Wietnamu, zorientowac sie co z naszym motorem i powalczyc z wypozyczalnia gowno wartej Hondy. Mamy mocno bojowe nastroje. Gwozdzik, gwozdzikiem, ale tylna opona byla zupelnie bez bieznika, powinna sobie z takim gwozdzikiem poradzic. Rozmowa jest bojowa. Bardzo bojowa. Wydalismy 260 000 na naprawy, wynajecie motoru to 240 000, czyli proste - maja nam oddac 20 000. Pokazujemy opone, opowiadamy w skrocie co sie wydarzylo, koles pyta sie o rachunki, nie chce mu sie wierzyc. CO?????????? Rachunki???? Czy ktos kiedys widzial w Laosie rachunki....????? To nie sa Chiny, gdzie rachunek dostaje sie za wizyte w kibelku, to Laos, tu rachunki nie istnieja. Proponuje nam ZNIZKE. NIe chcemy go sluchac. Oszalal, znizke...? To raczej my powinniismy od niego wymagac komensaty na skrocenie nam zycia przez ten stres nocy poprzedniej. Wygrywamy. Nie placimy za wynajecie motoru. Odbieramy pranie, idziemy pod prysznic i na pyszna kolajce. Zasluzylismy na cos naprawde okazalego. Nasza ulubiona w Pakse hinduska knajpa nie zawodzi. Garlic Naan i Chicken Masala sa wyborowe. Spotykamy sie z TYMI Polakami na piweczku i znowu jest milo, tak relaksacyjnie. I pewnie tak dzien by sie skonczyl, gdyby nie burza. Oberwanie chmury, blyska sie, grzmi i nie przechodzi. Marcin OLa Piotrek i Dorota decyduja sie biec w deszczu, my mamy aparat, komputer i motor, w sekunde wszystko zamoknie. Ale nie mamy wyjscia. Zamykaja ostatnia kawiarnie. Pakujemy wszystko w worek i ruszamy! Przy zjezdzie z kraweznika, Machencjuszowi wymyka sie worek i spada w kaluze (jakies 20cm glebokosci), wyjmuemy worek i pedzimy. Jasno od blyskow. Nic nie widze. Naprawde nie wiem jak Michal jedzie... Dojezdzamy do hotelu, brama zamknieta, nikt nie otwiera, blyska sie leje, grzmi straaaaaszliwie i my stoimy. Trabimy, dzwonimy i stoimy. W koncu ktos podchodzi. Wpadamy do pokoju, kaluza po kostki, sufit przecieka. Trudno, najwazniejsze ze lozko suche. Caly dobytek ladujemy na gore, coby z tym calym majdanem spac i nadchodzi chwila prawdy - wyjecie aparatu i kompa z worka. Przemokl. Worek sie przerwal przy upadku, nacieklo sporo, pokrowiec, caly mokry. Aparat na szczescie nie tak bardzo, znowu nic mu sie jest....UFF. Komputerowi tez nie.

To by bylo na tyle. Tymi przygodami zegnamy Laos, za 30 min wsiadamy w autobus do Wietnamu. Chcemy zeby dalej sie dzialo, ale tak inaczej dzialo...

Madziula


P.S. Zupelnie zapomnialam ze pierwszego dnia po Pakse pojechalismy do Champasaku, najwazniejszej laotanskiej swiatyni wybudowanej przez Khmerow, dopisze nastepnym razem :)

Laos Poludniowy

Tagi: laos
12:06, segdovska
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2

Wyświetl większą mapę Locations of visitors to this page